Wulkan Teide

Wulkan Teide rządzi. Rządzi wyspą, przyrodą i nawet rządzi turystami. Mimo że ostatni wybuch miał miejsce 101 lat temu, nadal wieje grozą i siarą. Do tego spustoszenie jakie ma tam miejsce jest nie do opisania – wymarłe tereny bez śladu życia, olbrzymie głazy wyrzucone z wnętrza, pustynie pumeksu i gigantyczne języki lawy. Czuć, że się działo…

W całej krasie wulkan zobaczyliśmy dopiero w powrotnej drodze.

Ech, warto, warto.

Am.Pd. – wspinaczka na wulkan Villarica

Z samego rana biegiem szykowaliśmy się na wulkan – pełne oprzyrządowanie, kombinezony, buty skorupowe (goretex podobno wymięka), czapki, rękawiczki oraz plecak z rakami, kaskiem i czekanem. Prawdziwa wspinaczka!

Generalnie trasie towarzyszyła ogólna ekscytacja, ale też przepiękne widoki przez cały czas. Im wyżej, tym piękniej. Wchodziliśmy z przewodnikiem (warunek konieczny) i Oskar, który była na Villarica ponad 2000 razy, był równie podekscytowany co my wchodzący po raz pierwszy :-)

Na początku trasa była płaskawa i w miarę lekka, ale im dalej w górę tym trudniej – ze względu na dużą stromiznę i zmęczenie. Dodatkowo w końcowej części trasy jest już tak stromo, że nie ma właściwie możliwości zatrzymania się. Często trzeba się też przytrzymywać czekanem. W sumie wejście na szczyt zajmuje w zimie 6 godzin i podziwiałam Oskara, że umiał nas w tym czasie utrzymać w ryzach, mobilizować i robić przerwy wtedy, kiedy naprawdę potrzebowaliśmy. Myślę, że to dzięki niemu weszliśmy wszyscy. A przynajmniej ja, bo ostatnie 2 godziny to już była dla mnie mordęga i tylko ciekawość tego, co jest na górze pchała mnie (powolutku) do przodu.

A na górze rewelacja! Ach, uczucie jak się wejdzie jest nie do opisania. Co za radość i co za widoki! Olbrzymi ośnieżony krater, z którego dymi siarkowa para. Starczyło mi jeszcze sił, aby obejść go dookoła (razem z bocznymi kraterami), a nawet spojrzeć mu prosto w oko. Co za potwór! Co za olbrzym! Czuć, że to jeden z najaktywniejszych wulkanów w Chile.

Na górze nie da się siedzieć długo – jest przeraźliwie zimno i okrutnie śmierdzi. Trochę obawiałam się jednak zejścia, bo stromizny były znaczne. Ale okazało się samą przyjemnością, bo Chilijczycy wymyślili patent stulecia – dostępne tylko w zimie zjeżdżalnie!!!! Druga atrakcja zaraz po widoku wgłąb krateru :-)

Z wrażeń i rozmów po zejściu dowiedzieliśmy się, że na szczyt wulkanu dochodzi ok połowy chętnych. Dzisiaj weszło 7 na 16. Większe sukcesy są latem, wtedy trasa jest w dużej części  nieośnieżona. No ale podobno nie jest tak atrakcyjna. Wiadomo, latem nie ma śniegu, nie ma zjeżdżalni a wulkan, jak to wulkan – żadnej roślinności, łyse skały.

Am.Pd. – Boliwia jest cudowna!

Nasz wyjazd z fajnego zrobił się dziś zajebisty! Takich widoków, takich wrażeń przyrodniczych nie doznałam nigdy wcześniej! To najpiękniejsze miejsce w jakim byliśmy!

Ale od początku. Na najbliższe dni wybraliśmy się do Boliwii. Rano, nie bez przeszkód, przekroczyliśmy granicę na przejściu położonym w górach. Tam spotkaliśmy się z Rubenem – naszym kierowcą (“z serca Boliwijczykiem, z Potosi”) i  podróżującym samotnie Michelem z Belgii, który mógłby być naszym wujkiem. Przy totalnym zimnie i ogromnym wietrze spakowaliśmy jeepa obwijając dwukrotnie bagaże folią. Nie wiedziałam, ze boliwijska pustynia jest tak totalnie zimna! Przewiało nas już w ciągu pierwszego kwadransa.

Najpierw zatrzymaliśmy się nad Laguna Blanca. To przepiękne, lśniące bielą jezioro o tej porze roku jest częściowo pokryte lodem. Wiatr nad jeziorem wieje zawsze w tą samą stronę, dlatego laguna także wędruje po brzegu. I wówczas można zobaczyć niezwykłe zjawisko przemieszczających się po brzegu fragmentów lodu! Super! To tam załapaliśmy, że w ciągu najbliższych kilku dni czeka nas coś niesamowitego.

Następna – Laguna Verde – też mi się podobała, ze względu na intensywny turkusowy kolor, który odznaczał się od jasnego piaszczystego brzegu. I do tego ten wulkan w tle!

Mieliśmy też okazję zażyć kąpieli w gorących źródłach, ale przeraźliwe zimno i brak jakiegokolwiek miejsca na bezwietrzne przebranie się, skutecznie mnie odstraszyło. W zasadzie w ciągu dnia nie ma nawet chwili, kiedy można obniżyć czujność. Co chwilę widok za oknem jeepa odbiera mogę, a niesamowite zjawiska przyrodnicze czynią wyjazd zupełnie nieprawdopodobnym! Mam na myśli błotną strefę wulkaniczną, gdzie z małych i dużych kraterów tryskało błoto, czasem nawet do wysokości dwóch metrów wzwyż! Co za widok! Gdzie się nie obejrzysz, wszędzie coś bulgocze, wystrzela, wszędzie dymi okrutnie i śmierdzi siarką. Gdyby nie ten smród, mogłabym podziwiać to widowisko przez tydzień bez przerwy!

Laguna Colorada to ostatnia, jaką dziś widzieliśmy. Mieni się kolorami od blado różowego do czerwonego, a do tego na brzegu spacerują stada flamingów. Jezioro wygląda, jakby zafarbowało od nich :-) Bardzo fajne wrażenia.

Na trasie Villa Mar zdążyliśmy jeszcze złapać gumę w jeepie. Na szczęście był zapas, ale godzina niewyjęta. Zupełnie mi to nie przeszkadzało. W takim miejscu można spędzać czas choćby tylko patrząc przed siebie :-)

Wioska Villa Mar, pierwsza i ostatnia mieścina (to może trochę za duże słowo) widziana dziś, przywitała nas pięknym zachodem słońca, a potem taką totalną ciemnością, że trudno było trafić z powrotem do naszej chałupy. Prądu brak.

ps. Przy kolacji zabawna rzecz. Żegnaliśmy się wieczorem z Michelem i chcąc go nauczyć polskiego powiedzieliśmy na głos Dobranoc. Na co na końcu sali odzywa się głos Czy ktosz tu mówi po polszku?. Okazało się, że to belgo-francuz Max, który pracuje od 3 lat w Warszawie, a jego firma ma siedzibę vis a vis Pawła wydziału :-) Przyjechali z kolegami wspiąć się na jeden z wulkanów :-)

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.