Powrót do ogrzewanej rzeczywistości

Na zakończenie naszego pobytu odebraliśmy obiecywane “Jezioro łabędzi”, które w naszym wykonaniu bardziej przypominało kaczy staw :-), a następnie powtórzyliśmy trasę dotarcia – 1 godzina zejścia lub zjazdu saneczkowego, odśnieżanie samochodów, zakładanie łańcuchów, godzina jazdy, niewielkie pchanie auta,  zdejmowanie łańcuchów, kolejne 8 godzin jazdy. Ech, fajnie, fajnie było… jak by tu znów…?

ps.  W domu temperatura w mieszkaniu, obniżana zazwyczaj na wyjazdy, wydawała mi się upałem!

Skok przez ocean

Ech, po nocy w pięknym hotelu z klimatyzatorem za oknem (uroki hot-wire) przeskoczyliśmy przez ocean i tym samym skończyła się nasza wędrówka po Stanach.

Kraj pokazał nam się z trochę innej strony niż go znaliśmy, bardziej otwarty, bardziej różnorodny, mniej kiczowaty. I jedzenie wbrew pozorom było bardzo dobre (co nie zmienia faktu, ze dziś kupiłam tyle warzyw i owoców, że nie mogłam ich donieść do domu…).

Życie jednak popędziło mocno do przodu, Paweł poszedł dziś jak gdyby nigdy nic do roboty, ja zareklamowałam połamaną walizkę i sprzedałam na allegro przewodnik po USA, no i zakupiliśmy… bilety lotnicze na koncert Pattona do Wrocławia (45zł. za sztukę, polecam promocje LOTu). Jeszcze tylko fotki na wędrownym wrzucimy i posprzątane :-)

Udało się!

Wróciliśmy szczęśliwie do Polski, chociaż jeszcze wczoraj nie było to takie oczywiste. W Marakeszu panowała totalna ulewa, a jak wiadomo Maroko nie jest to krajem przygotowanym na potoki na drogach (brak kanalizacji). Na szczęście przyjęli nas również na lotnisku Londyn-Luton, chociaż w Wielkiej Brytanii zima zaskoczyła drogowców. Nie udało nam się natomiast wylecieć z Londynu o czasie, ale porównując inne loty i pogodę w naszej ojczyźnie, to jakiś cud, że w ogóle wylądowaliśmy w Warszawie! Po jakichś 29h podróży.

I takim to cudem przenieśliśmy się z krainy wielbłądów do świata niedźwiedzi polarnych. Co tu dużo pisać, było wspaniale! Poćwiczyliśmy nasz francuski, surfowanie, negocjowanie, ujeżdżanie wielbłądów, robienie zdjęć i poznawanie nowych smaków. Ech, świetnie!

Powroty

Ostatni dzień w Słowenii. Od dwóch nocy prawie nie śpię. Miałam iść na spacer pożegnać się ze starym miastem i Presernovem. Kupić shiraza dla Ufala (co prawda Słowenia słynie z merlota, ale Ufal z shiraza) :-) W rezultacie wino mam, ale wylądowałam w mieście Celje i na którym trekkingu wśród kosodrzewiny. I to było najpiękniejsze w tym wyjeździe – każdy dzień był totalną niespodzianką – nigdy nie wiedziałam co się trafi. Trafiły się świetne wyjazdy do Włoch, do Chorwacji, autostop, widziałam mnóstwo pięknych miejsc, spotkałam mnóstwo świetnych ludzi – ufam, że niektóre znajomości uda mi się utrzymać. Wracam stęskniona, ale i z żalem, że już koniec… Ech, trzeba podróżować!

Po Chorwacji

Ech, wróciłam do Lublany. Było… wspaniale! Ludzie okazali się bardzo serdeczni, więc udało nam się zwiedzić bardzo dużo. Przemierzyliśmy 1200km. W piątek wyjechaliśmy z Lublany z samego rana, pogoda przepiękna 16stopni z planem posiedzenia 3 dni nad morzem. Po kilkunastu minutach zabrał nas wykładowca z wydziału leśnego! Spędziliśmy miło czas, pogadaliśmy o życiu akademickim :-) Wysadzeni w środku pola (ale w strategicznym miejscu) zatrzymaliśmy dwóch chłopaków, którzy jechali do Ilirskiej Bistricy po gitarę elektryczną :-) Przegadaliśmy godzinę o polityce i eurowalucie. Następnie trochę dłużej czekaliśmy (20min), bo byliśmy przed samą granicą i nigdy nie wiadomo czy czegoś nie przemycamy :-))) Ostatecznie trafiliśmy jednak na brytyjczyka, który sam wyglądał jakby coś przemycał :-) Dlatego dla wszystkiego przez granicę przeszliśmy pieszo :-) Okazało się, że jedzie do Montenegro, nieswoim samochodem, jest architektem, ale organizuje spływy kajakowe, jego żona jest amerykańską ekolożką, która uczy czarnogórców jak segregować śmieci, mieszkali w pięciu krajach, zwiedzili pół świata… Ech, trochę trwała ta podwózka – jakieś 250km :-) Jechaliśmy nową autostradą – przepiękna trasa, góry, morze, super widoki i do tego to słońce (po mglistej Lublanie byliśmy go naprawdę spragnieni!). Dotarliśmy do Zadaru o zmierzchu, czyli o 17:00 :-) Niestety, ale problem z podróżowaniem o tej porze to głównie długość dnia… Zadar natomiast bardzo mi się spodobał – małe, przyjazne miasteczko, stare miesza się z nowym, żadnych turystów…

Na drugi dzień mieliśmy w planie zobaczenie Jezior Plitwickich – przepiękny park narodowy z kaskadowo ułożonymi jeziorami, mnóstwem wodospadów, mostków. No świetnie! Temperatura hm… 19 stopni :-)) Cały dzień spędziliśmy w parku, gorzej było z powrotem. Park (jak każdy park narodowy) znajduje się w środku niczego i trochę byliśmy na siebie wściekli, że nie przewidzieliśmy braku jakiegokolwiek ruchu na tej trasie… Braliśmy już pod uwagę wszystkie opcje – jechać nad morze (preferowany wariant), do Zagrzebia, do Rijeki lub ew. do Zadaru… Wylądowaliśmy w Zadarze dzięki pewnemu niemieckiemu artyście, który jechał na wernisaż do Albanii. Złapała go policja w Słowenii i stwierdził, że nigdy więcej żadnych autostrad!!

Trzeci dzień wcale nie miał być ostatnim, zupełnie przypadkiem się nim stał :-) Chcieliśmy z Zadaru dostać się do Rijeki, a potem do Puli, aby posiedzieć wreszcie nad tym morzem. Pojawił się chorwat z Zagrzebia :-))) Przejechaliśmy z nim przepiękną górską trasę ponad chrumami, opowiadał nam o swoim kraju, o ulubionych miejscach, obejrzeliśmy lecznicę dla zwierząt leśnych i dotarliśmy do Karlovac. Zdecydowaliśmy się tam wysiąść, żeby jednak nad to morze pojechać. Wystawiliśmy więc kartkę przed wjazdem na autostradę, ale na wszelki wypadek napisaliśmy też SLO – tak w razie jakby, jakiś słoweniec z Lublany wracał z weekendu… No i wracało dwóch – jeden bośniacki budowlaniec-podróżnik, a drugi brat kapitana drużyny koszykarskiej Słowenii (prywatnie fan Pearl Jamu). Zabrali nas do Novego Mesta. Spodobało nam się tak bardzo, że nawet mieliśmy zostać tam do następnego dnia, ale ostatecznie złapaliśmy wieczorny pociąg (60km) do Lublany. No i tak to się zakończył nasz spontan. Co prawda morze widzieliśmy tylko 2 razy po ciemku w Zadarze i kilka razy przez szybę samochodu, ale i tak było świetnie! Zdałam się totalnie na los i to było najbardziej ekscytujące. Rozumiem już, dlaczego niektórzy są tak uzależnieni od stopa :-)

Po powrocie okazało się, że wyjazd do Puli w weekend to byłoby totalne pudło z powodu… mgły i deszczu. Ech.. :-)

Podsumowanie autostopowe:

1. w Chorwacji i Słowenii łatwy i bezpieczny autostop (nie czekaliśmy dłużej niż 20min)

2. warto mieć kartki z kierunkami (praktykuje się skróty z rejestracji)

3. inny tym kierowców – nie zatrzymują się zawodowi kierowcy jak w Polsce, ale raczej tacy, którzy sami praktykują autostop.

4. kierowcy żywo zainteresowani Polską i Polakami.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.