USA w jeden dzień

Nie ma to jak polecieć na kolację firmową do Stanów. Dzień pierwszy – lot (z przesiadką 16 godzin, 3 filmy). Dzień drugi – mecz New Jersey Nets i Boston Celtics, a następnie osławiona kolacja, a w zasadzie kilka drinków. Dzień trzeci – lot powrotny (12 godzin). Ufal mówi, że się opłacało – to był dobry mecz.

Skok przez ocean

Ech, po nocy w pięknym hotelu z klimatyzatorem za oknem (uroki hot-wire) przeskoczyliśmy przez ocean i tym samym skończyła się nasza wędrówka po Stanach.

Kraj pokazał nam się z trochę innej strony niż go znaliśmy, bardziej otwarty, bardziej różnorodny, mniej kiczowaty. I jedzenie wbrew pozorom było bardzo dobre (co nie zmienia faktu, ze dziś kupiłam tyle warzyw i owoców, że nie mogłam ich donieść do domu…).

Życie jednak popędziło mocno do przodu, Paweł poszedł dziś jak gdyby nigdy nic do roboty, ja zareklamowałam połamaną walizkę i sprzedałam na allegro przewodnik po USA, no i zakupiliśmy… bilety lotnicze na koncert Pattona do Wrocławia (45zł. za sztukę, polecam promocje LOTu). Jeszcze tylko fotki na wędrownym wrzucimy i posprzątane :-)

Ocean i basseball na pożegnanie

Żeby się trochę napowietrzyć przed powrotem do Bostonu, a potem do domu,  zajrzeliśmy na Rhone Island. Piękne plaże, świetne fale do surfingu, koszykówka nad oceanem  i oczywiście tłumy urlopowiczów. Ach, no i  wreszcie był czas na pierwsze i ostatnie opalanie :-)



A wieczorem mecz baseball’a. Pierwsze dwie rundy poznawaliśmy zasady gry na diamentowym polu. Dalsze już byliśmy najwierniejszymi fanami red sox’ów :-) Let’s go red sox! Muszę przyznać, że rozgrywka nie jest porywająca, cała rywalizacja rozgrywa się między miotaczem a pałkarzem, ale napięcie rośnie w miarę rozgrywania kolejnych serii. Pod koniec gry już byliśmy nieźle wciągnięci :-)

To, co mi się podobało, to klimat, jaki panował na widowni. Trochę jak na naszych meczach siatkówki, rodzinna atmosfera, śpiewy, bardzo dużo maleńkich dzieci, wszyscy przebrani.

No i wygraliśmy 3:2!





Nowy Jork

Nie wiem jak opisać Nowy Jork… jest przeogromny i różnorodny! To moje pierwsze wrażenie. To takie miasto, które jest jakby znajome, ale jednak zupełnie wyjątkowe. To centrum świata. Jest tu wszystko, ludzie ciągną do NYC z całego świata. Nie mogłabym tu mieszkać (tak jak w Barcelonie), ale najbardziej mi się podobało z odwiedzonych do tej pory metropolii. I to nie ze względu na architekturę,  ale jakieś takie dziwne kłucie w boku :-) Jest w nim jakiś magnes.

Kierunek: Nowy Jork

Po tygodniu spędzonym wśród łosi i jeleni, jedziemy do miasta. I to do ogromnego miasta. Ośmiomilionowego Nowego Jorku. Nigdy nie byliśmy w większym. Generalnie jesteśmy trochę przerażeni, ale też podekscytowani. Zawsze chcieliśmy tu przyjechać. Statua Wolności, Manhattan, most brukliński,  Times Square, Central Park… Wszystko to widzieliśmy tysiące razy w filmach, serialach, reklamach, ale tak na żywo?

Poniżej fotki z wielkiego wjeścia – rzeka Hudson wita przybyszów ze świata!

ps. Jazda samochodem po NY to jakiś horror. Nigdy więcej nie wychodzę z domu bez gps’a.

Jaskinie wow!

Ale jaskinie! Ale skały! Nigdy nie myślałam, że będę się tak zachwycać kamieniami nad rzeką :-) A jednak to miejsce zrobiło na nas niesamowite wrażenie. Skalne mosty, olbrzymie jaskinie z wodospadami, przedziwne kształty skał… “Natural Stone Bridge and Caves Park” u podnóża gór Adirondack. Super!

Fort Ticonderoga

Fort Ticonderoga miał wielu właścicieli: francuzów, anglików, kanadyjczyków, amerykanów. Nazwa pochodzi z języka indian.
Mieści bogatą kolekcję “pamiątek” po tych zmianach – bagnetów, muszkietów, szabli. Fajne miejsce historyczne, bardzo ciekawiusytuowane, ale chyba bez porównania z europejskimi zamkami obronnymi.

Malownicze wyspy jeziora Champlain

Na granicy amerykańkiej-kanadyjskiej nie ma nic. Nie ma hoteli, nie ma McDonald’sa, nie ma supermarketów, ani turystów. Czyli tego wszystkiego, do czego przyzwyczailiśmy się podróżując po USA. Ale są za to przepiękne krajobrazy, prawdziwe pachnące warzywa, syrop klonowy i … jeden motel. Nasz!

Nad jeziorem Champlain spędziliśmy wieczór i poranek. Paweł mówi, że mają świetną kawę.

Góra Waszyngtona

Piękna, monumentalna góra Waszyngtona to chluba New Hampshire i najwyzszy szczyt w Nowej Anglii (ponad 6000 stóp). Prowadzi na nią specjalna droga Mt.Washington Road, przed wjazdem na którą otrzymuje się płytę cd z instrukcjami, jak prowadzić samochód w tak trudnych warunkach! Po udanym wjeździe można też udekorować auto naklejką: This car climbed Mount Washington. Wspaniałe :-)
I mimo, że na szczycie widać głównie chmury, to trasa i przeżycia są rzeczywiście niesamowite, podobnie jak podejście amerykanów do marketingu.

Motele

Stany słyną z takich mrocznych, zapuszczonych moteli – pokoi połączonych w długie szeregi. Do każdego z nich podjeżdża się samochodem pod same drzwi. Zwykle kojarzą się z filmami drogi, gdzie uciekający przestępca ukrywa się ze swoim zakładnikiem.

Tutaj w przyjemniejszym wydaniu:

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.