Jest w Bostonie coś, co znam dobrze, a jest coś czego nie widziałam nigdzie do tej pory. Znajome są takie stare domeczki, kościółeczki, kamieniczki ułożone w trasę do zwiedzania. Przeszłam karnie całą ścieżkę (8mil w obie strony) i muszę powiedzieć – już to widziałam. Tłumy turystów walą w tą samą stronę, ba! nawet tą samą stroną ulicy (ścieżkę wyznacza linia namalowana na chodniku), wzdłuż tylko sklepy z pamiątkami, lodziarnie, bary, zorganizowane wycieczki słuchające przebranego przewodnika, przeplatające się języki obce…






To, co również w Bostonie widoczne, to nowoczesność. Taka nowoczesność, w której nikt nie chodzi na piechotę, są olbrzymie auta zaparkowane wzdłuż szklanych wieżowców, a przechodząc chodnikiem czuć powiew klimatyzacji z podziemnych parkingów. Takie wielkie miasto wymarłe… Hm, wymarłe, ale jakie piękne!






Dlatego po odrobieniu lekcji obowiązkowej, zaczęłam zwiedzać naprawdę. Poszłam tam, gdzie są ludzie. Gdzie toczy się życie. I o tym w następnym poście.
Najnowsze komentarze