Vamos a la playa

Dzień w Playa de Las Americas i Los Cristianos. Cóż… trudno się zachwycać tabunami Brytyjczyków, wioskami zabudowanymi hotelami i sztucznymi plażami z piaskiem z Sahary. Ale staraliśmy się, naprawdę. Dostrzegliśmy przyjemność z nadmorskich spacerów i dramatyzm chmur nad Gomerą.

Ale już dosyć. Co tu dużo mówić, jutro bierzemy samochód i jedziemy na zadupie.


Tenerife de Sur

Dotarliśmy szczęśliwie choć z przygodami. Ogólnie można to podsumować wnioskiem, że są takie miejsca gdzie rezerwacja noclegu się przydaje :-) Plan na wygodne miejsce do lenistwa z basenem i drinkiem z palemką jednak zrealizowany.

Rozpoczęliśmy też degustację miejscowych specjałów – pieczona sola i lokalne ziemniaczki w mundurkach idealne z sangrią.

 

9 mln turystów i… my

Ten pomysł chyba trzeba traktować w kategoriach eksperymentu.

Jedziemy tam, gdzie totalnie nie pasujemy. Tam, gdzie co roku bywa 9mln turystów, sezon imprezowy trwa cały rok, a na plaży lansuje się najnowsze trendy mody.

Przekonało nas słońce, wulkan Teide, owoce morza  i język hiszpański. No i kupiliśmy przelot, spakowaliśmy plecaki, wskakujemy w trekkingowe sandały i najmodniejsze bandamy jakie mamy. Zobaczmy co będzie się działo :-)

Jedziemy na Teneryfę!

Źródło foto: wikitravel.

Ocean i basseball na pożegnanie

Żeby się trochę napowietrzyć przed powrotem do Bostonu, a potem do domu,  zajrzeliśmy na Rhone Island. Piękne plaże, świetne fale do surfingu, koszykówka nad oceanem  i oczywiście tłumy urlopowiczów. Ach, no i  wreszcie był czas na pierwsze i ostatnie opalanie :-)



A wieczorem mecz baseball’a. Pierwsze dwie rundy poznawaliśmy zasady gry na diamentowym polu. Dalsze już byliśmy najwierniejszymi fanami red sox’ów :-) Let’s go red sox! Muszę przyznać, że rozgrywka nie jest porywająca, cała rywalizacja rozgrywa się między miotaczem a pałkarzem, ale napięcie rośnie w miarę rozgrywania kolejnych serii. Pod koniec gry już byliśmy nieźle wciągnięci :-)

To, co mi się podobało, to klimat, jaki panował na widowni. Trochę jak na naszych meczach siatkówki, rodzinna atmosfera, śpiewy, bardzo dużo maleńkich dzieci, wszyscy przebrani.

No i wygraliśmy 3:2!





Boston

Jest w Bostonie coś, co znam dobrze, a jest coś czego nie widziałam nigdzie do tej pory. Znajome są takie stare domeczki, kościółeczki, kamieniczki ułożone w trasę do zwiedzania. Przeszłam karnie całą ścieżkę (8mil w obie strony) i muszę powiedzieć – już to widziałam. Tłumy turystów walą w tą samą stronę, ba! nawet tą samą stroną ulicy (ścieżkę wyznacza linia namalowana na chodniku), wzdłuż tylko sklepy z pamiątkami, lodziarnie, bary, zorganizowane wycieczki słuchające przebranego przewodnika, przeplatające się języki obce…


To, co również w Bostonie widoczne, to nowoczesność. Taka nowoczesność, w której nikt nie chodzi na piechotę, są olbrzymie auta zaparkowane wzdłuż szklanych wieżowców, a przechodząc chodnikiem czuć powiew klimatyzacji z podziemnych parkingów. Takie wielkie miasto wymarłe… Hm, wymarłe, ale jakie piękne!

Dlatego po odrobieniu lekcji obowiązkowej, zaczęłam zwiedzać naprawdę. Poszłam tam, gdzie są ludzie. Gdzie toczy się życie. I o tym w następnym poście.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.