Tam, gdzie zaczyna się zima!

Nie ma to jak na własne życzenie wymrozić sobie tyłek.

Wpadliśmy na genialny pomysł powitania Nowego Roku w miejscu, gdzie nie docierają nawet sanie góralskie. Dotarcie do chaty na pograniczu polsko-słowacko-czeskim zajmuje więcej niż lot do Stanów Zjednoczonych. Najpierw 9h samochodem, potem szukanie ostatniej polanki według współrzędnych GPS, przepakowanie bagaży i godzinę pieszo na szczyt. Po ciemku. Na miejscu -18 st.C na zewnątrz, -2 w domku (w najcieplejszym miejscu), zero ogrzewania i wody. Do tego zasypany śniegiem komin tworzący w domku wędzarnię po rozpaleniu kuchni węglowej. I trzy dni przed nami. Wspaniale!

Wulkan Teide

Wulkan Teide rządzi. Rządzi wyspą, przyrodą i nawet rządzi turystami. Mimo że ostatni wybuch miał miejsce 101 lat temu, nadal wieje grozą i siarą. Do tego spustoszenie jakie ma tam miejsce jest nie do opisania – wymarłe tereny bez śladu życia, olbrzymie głazy wyrzucone z wnętrza, pustynie pumeksu i gigantyczne języki lawy. Czuć, że się działo…

W całej krasie wulkan zobaczyliśmy dopiero w powrotnej drodze.

Ech, warto, warto.

Acadia National Park

Parki Narodowe to amerykanska specjalnosc. Spodziewalismy sie wiec rarytasow. No i sie nie zawiedlismy. Przepiekne widoki, super przyroda i wszystko podane na tacy (na najwyzszy szczyt parku wjechalismy autem :-)

Am.Pd. – wspinaczka na wulkan Villarica

Z samego rana biegiem szykowaliśmy się na wulkan – pełne oprzyrządowanie, kombinezony, buty skorupowe (goretex podobno wymięka), czapki, rękawiczki oraz plecak z rakami, kaskiem i czekanem. Prawdziwa wspinaczka!

Generalnie trasie towarzyszyła ogólna ekscytacja, ale też przepiękne widoki przez cały czas. Im wyżej, tym piękniej. Wchodziliśmy z przewodnikiem (warunek konieczny) i Oskar, który była na Villarica ponad 2000 razy, był równie podekscytowany co my wchodzący po raz pierwszy :-)

Na początku trasa była płaskawa i w miarę lekka, ale im dalej w górę tym trudniej – ze względu na dużą stromiznę i zmęczenie. Dodatkowo w końcowej części trasy jest już tak stromo, że nie ma właściwie możliwości zatrzymania się. Często trzeba się też przytrzymywać czekanem. W sumie wejście na szczyt zajmuje w zimie 6 godzin i podziwiałam Oskara, że umiał nas w tym czasie utrzymać w ryzach, mobilizować i robić przerwy wtedy, kiedy naprawdę potrzebowaliśmy. Myślę, że to dzięki niemu weszliśmy wszyscy. A przynajmniej ja, bo ostatnie 2 godziny to już była dla mnie mordęga i tylko ciekawość tego, co jest na górze pchała mnie (powolutku) do przodu.

A na górze rewelacja! Ach, uczucie jak się wejdzie jest nie do opisania. Co za radość i co za widoki! Olbrzymi ośnieżony krater, z którego dymi siarkowa para. Starczyło mi jeszcze sił, aby obejść go dookoła (razem z bocznymi kraterami), a nawet spojrzeć mu prosto w oko. Co za potwór! Co za olbrzym! Czuć, że to jeden z najaktywniejszych wulkanów w Chile.

Na górze nie da się siedzieć długo – jest przeraźliwie zimno i okrutnie śmierdzi. Trochę obawiałam się jednak zejścia, bo stromizny były znaczne. Ale okazało się samą przyjemnością, bo Chilijczycy wymyślili patent stulecia – dostępne tylko w zimie zjeżdżalnie!!!! Druga atrakcja zaraz po widoku wgłąb krateru :-)

Z wrażeń i rozmów po zejściu dowiedzieliśmy się, że na szczyt wulkanu dochodzi ok połowy chętnych. Dzisiaj weszło 7 na 16. Większe sukcesy są latem, wtedy trasa jest w dużej części  nieośnieżona. No ale podobno nie jest tak atrakcyjna. Wiadomo, latem nie ma śniegu, nie ma zjeżdżalni a wulkan, jak to wulkan – żadnej roślinności, łyse skały.

Am.Pd. – Park Narodowy Huerquehue

Całą noc spędziliśmy w autokarze, ale mimo że trasa była długa, nie wyspaliśmy się ze względu na nierozkładane siedzenia. Opracowaliśmy już bowiem wymogi autokaru sypialnego – jeśli ma nam zastępować łóżko, to musi jechać odpowiednio długo (najlepiej powyżej 8h) i mieć rozkładane siedzenia lub mało pasażerów :-) Najlepiej też, jeśli nie ma stewardessy, która co chwile podaje jakieś napoje, ale to się akurat rzadko zdarza :-)

Na miejscu powitało nas piękne słońce i… pani, która zaproponowała cabaños :-)  Skorzystaliśmy, bo miejsce naprawdę fajne – domek z dwoma sypialniami, kuchnią i salonem  z kominkiem. Dawno w takim nie mieszkaliśmy!

Miasto Pucón to takie trochę Zakopane (chyba już to samo wrażenie miałam w jakimś mieście w Peru :-). Tu widać drewniane domy ze spadzistymi dachami, za nimi góry porośnięte lasami, a nad całością góruje olbrzymi ośnieżony wulkan Villarica. Dokładnie ten, na który mamy jutro wchodzić…

Żeby złapać trochę kondycji i skorzystać z pięknej pogody wybraliśmy się do Parku Narodowego Huerquehue, a tam na krótką trasę ograniczoną godzinami odjazdu pierwszego i ostatniego autobusu z miasta oraz poziomem zagrożenia pożarowego. Chcieliśmy bowiem dojść drogą leśną do cascada Nido de Aquile i cascada Trufulco.

Trasa wiodła przez las bambusowy, przez który przepięknie przenikało wiosenne słońce, a także można było usłyszeć charakterystyczne szumienie i tykanie bambusów. Naprawdę miłe uczucie.

Dalej było tylko lepiej – szliśmy godzinę przez las porośnięty olbrzymimi, gigantycznymi drzewami liściastymi, które porośnięte były pnączami i mniejszymi drzewami. Całość stwarzała wrażenie tajemniczości, a odległość korony drzew od mojej głowy napawała mnie nieco niepokojem.

Na deser, po stromym odcinku końcowym, podziwialiśmy monumentalne kaskady, których woda miała tak olbrzymią siłę rażenia, że stojąc kilkanaście metrów dalej byliśmy cali mokrzy :-)

Wieczorem daliśmy upust zachciankom kulinarnym, trzeba się było jakoś pozytywnie nastawić, choć i tak wszyscy byli podekscytowani poranną wspinaczką na wulkan :-)

Am.Pd. – wspinaczka

O 5 rano zjedliśmy jajecznicę po ciemku (w kanionie nie ma prądu) i ruszyliśmy w naszą ciężką drogę pod górę. To musiało kiedyś nastąpić – przez dwa dni schodziliśmy non stop w dół… W zależności od pogody i nasłonecznienia wspinaczka trwa od 3 do 7 godzin. My, jak się potem okazało, całkiem sprytne wyszliśmy o świcie, gdyż prawie całą trasę zrobiliśmy w cieniu. Tym razem poszło mi dużo lepiej – złapałam dobre tempo i oddech. Dodatkowo szliśmy z Pawłem osobno, także każde z nas miało swoje zadanie do wykonania w swoim tempie. Uff… wleźliśmy jakoś.

Na górze małe opóźnienia w związku z wymianą opony. Potem okazało się, że mam klaustrofobię i autokar jest dla mnie za ciasny (siedzenia były poprzewiercane bliżej siebie, żeby zmieściło się więcej osób). W związku z tym trafiłam na sam przód i trasa minęła mi z panoramicznymi widokami. Jedynie kierowca chyba pracował wcześniej w Z-Bussie, bo myślałam, że umrę ze strachu na kilku zakrętach. W międzyczasie zatrzymywaliśmy się, aby podziwiać wulkany, uratować lamę z błota, wykąpać się w mega gorących źródłach i zjeść obiad (tym razem totalne rarytasy – warzywa, gulasz, pieczone banany, alpaka…)

Wieczór minął na spacerze po mieście i pogawędkach na tarasie. Instytucja tarasu i kuchni w hostelu jest w ogóle świetna i czyni wyjazd jeszcze tańszym – można zrobić herbatkę, ice tea i kanapki na kolejny dzień, posiedzieć przy kolacji, a w Arequipie dodatkowo pooglądać miasto z góry i wulkan Misti.

Am.Pd. – Na dnie kanionu

Po porannych naleśnikach ruszyliśmy w drogę do Paraiso. Z góry wyglądało rzeczywiście bajecznie – baseny, palmy, upragniona zieleń, także szliśmy dziarsko. Droga do oazy jednak piaszczysta, tyle że nieco łatwiejsza, bo w miarę płaska i przyjemna (może też ze względu na wczesną porę). Minęliśmy też boisko do piłki nożnej, na którym regularnie w każdą niedzielę odbywają się mecze. Wygląda na to, że zawodnicy mają niezłą rozgrzewkę w samym dotarciu do tego miejsca :-) Druga część trasy miała strome piaszczyste zejście, ale przyjemniejszą zieleń i wodospady wokół.

Na szczęście na dole czekały na nas stoliki i fotele pod palemką, basen i miły lodge z wygodnymi łózkami! Śmialiśmy się też z Naomi, że przydałoby się jeszcze spaghetti i… okazało się, że rzeczywiście było :-) Całkiem smaczne jak na tutejsze warunki. Zastanawialiśmy się nawet, czy by tu może na leniwe wakacje nie wrócić, ale wygląda, że daleko – najpierw z Europy 12h samolotem, potem lot z Limy do Arequipy, dalej a Arequipy 6h autobusem i jeszcze pół dnia piaszczystego stromego zejścia. Mało kto tu trafi :-)

Popołudnie leniwe, trochę jak na wakacjach :-) Pływanie, piwko, wypisywanie pocztówek…

Dodatkowo postanowiliśmy zostać na jeden dodatkowy dzień w Arequipie po powrocie z kanionu. Chcemy trochę rzeczy załatwić – zakupy, internet, pamiątki, pocztówki, zwiedzanie miasta… Leszek z Ulą myślą o raftingu. Ja też myślę, ale ze względu na przeziębienie boję się wypowiedzieć to na głos…

Am.Pd. – Kanion Colca

Dzień zaczął się bardzo wcześnie, ale pospaliśmy jeszcze ze 3h w autobusie. Przewodnik mało kompetentny – ograniczał się do wymawiania nazwy przystanku i czasu na zwiedzanie. Śniadanie też było symboliczne, ale o tym akurat wiedzieliśmy, dlatego Ufal zrobił wczoraj wypasione kanapki z szynką, serem, pomidorem, papryką i ogórkiem. Mniami!!!

Trasa fajna i nawet nie męcząca. Chyba się przyzwyczailiśmy do ciągłego jeżdżenia. Po 5h jazdy dotarliśmy do Cruz del Condor, stanowiska skąd mogliśmy oglądać loty kondorów. Niestety nie tylko my – jeszcze dodatkowo jakieś 700 osób :-)

Ale najważniejsze że były też kondory! Tworzy się tu taki tunel powietrzny, w którym rano, kiedy jest już widno, ale słońce jeszcze nie zagląda do wnętrza kanionu, można podziwiać przelatujące ptaki. Naprawdę super! Olbrzymie, dostojne, szybowały przed nami na zmianę z lewej na prawą.

Ruszyliśmy dalej do wsi Cabanadonde, gdzie główną atrakcję dla nas stanowił cennik na drzwiach kościoła oraz przechodzące panie w specyficznym stroju i ekwipunku :-)

Po obiedzie (makaron + ziemniaki + ryż) ruszyliśmy w dół do kanionu. Droga ciężka ze względu na pył, luźne kamienie i niesamowity upał. Poza tym wewnątrz kanionu nie istnieje żaden ruch samochodowy ani motorowy, który by ubił nawierzchnię. Istnieją tylko nogi człowieka, konia lub osła (pamiętaj osła brać zawsze od wewnętrznej!). Dotarliśmy na dół po 3h brudni i padnięci, z oczami i nosem pełnymi piachu. Wiedząc, że w kanionie jest mega zimno po zmierzchu, szybko wzięłam prysznic i ucięłam sobie drzemkę w naszym lodge’u mając nadzieję na szybkie wyzdrowienie. W tym czasie Paweł użył książki Pałkiewicza zgodnie z poradami tam zawartymi – czyli wyrwanymi stronami pozaklejał dziury w oknach.

Na szczęście kolacja była bardzo sycąca (zupa + drugie = wypas). Nasza przewodniczka fajnie gotuje! Po kolacji odśpiewaliśmy Uli szybkie sto lat, wypiliśmy winko i zasnęliśmy bardzo szybko.

Am.Pd. – Machu Picchu

Godzinę pobudki wyznaczyła chęć wejścia na Wayna Picchu – wzgórze, z którego rozpościera się widok na Machu Picchu – słynne inkaskie miasto ukryte w górach.Wpuszczają tam 200 pierwszych osób rano i 200 kolejnych po południu.

Oznaczało to, że musimy wstać o 4:30, żeby, zgodnie z zaleceniami lokalsów, stanąć w kolejce do autobusu o 5:00. Prawie nam się udało, ale dla pewności i żeby się nie nudzić w kolejce policzyłam wszystkie osoby przed nami :-) Byliśmy ok. 120. Do tego mieli dojść jeszcze ludzie ze szlaku, więc szanse wciąż były. O 6:00 zaczęły przyjeżdżać autobusy, jeden po drugim zabierały ludzi z kolejki (po 30 miejsc każdy). Na miejscu czekała na nas druga kolejka – do wejścia na teren zaginionego miasta. Tam szła osoba zapisująca chętnych do wejścia na wzgórze. I ku naszemu ogromnemu zdziwieniu nie wszyscy byli chętni :-) Ostatecznie dostaliśmy numery 109-113.

Po przejściu bramki okazało się oczywiście, że nie było kontroli bagażu przed którą tak przestrzegały napisy na biletach. Od razu rozpoczęło się szybkie zwiedzanie i pstrykanie fotek. Mieliśmy godzinę na udanie się do następnej kolejki – tym razem do wejścia na Wayna Picchu…

A teraz  wrażenia :-) Miasto usytuowane jest niesamowicie – między wysokimi górami, wpisane w otaczającą przyrodę. Wcale mnie nie dziwi, że tak trudno było je odnaleźć. Ach, że by tak u nas dbano o dostosowanie miasta do otoczenia! Z bliska ruiny wyglądają mniej spektakularnie. Dopiero z pewnej odległości widać starannie rozplanowany układ przestrzenny miasta. Całość robi ogromne wrażenie, aż czuć kłucie w boku :-) Machu Picchu to wyjątkowe miejsce. Nie dziwie się, że takie tłumy tu przybywają i moglibyśmy pewnie zbić majątek na wypożyczaniu naszych czapeczek :-)

Wejście na Wayna Picchu jest dość strome i męczące. Ale za to na górze widok przepiękny. Usiedliśmy na jednym z tarasów, żeby zjeść śniadanie z panoramą Machu Picchu. Dopiero wtedy doceniliśmy poranną pobudkę :-)


Wstawanie rano tylko po to, żeby pochodzić wokół ruin jest zdecydowanie przereklamowane. Miasto jest na tyle duże, że spokojnie można bez tłumów pozwiedzać je w ciągu dnia.

W drogę powrotną wybraliśmy się pieszo przez dżunglę wysoką (oszczędziliśmy przy tym 14$ w godzinę :-). Spacer super, podobnie jak w drodze na Wayna Picchu, można pooglądać motyle i dżunglę. Jedyny i to zasadniczy problem stanowią owady – zostałam totalnie pogryziona, a mugga spokojnie leżała w pokoju…

Wieczorem chcieliśmy wybrać się do gorących źródeł, od których wzięła nazwę mieścinka. Ale lało tak straszliwie, że dobiegliśmy do najtańszej z najdroższych knajp i po chińszczyźnie poszliśmy spać.

Am.Pd. – Laguna 69

Zaczęliśmy bardzo wcześnie (5 rano) pobudką i myciem głowy pod prysznicem bez słuchawki i sterowania temperatury wody. W zasadzie to jakby brać prysznic pobudzający :-)

O 6 wyruszyliśmy busem z Lindą, naszą przewodniczką do laguny 69. Parada (postój) pierwsza i druga – kontrola policyjna. Lepiej nauczyć się na pamięć numeru paszportu, jest potrzebny częściej niż codziennie. W trakcie drogi Linda opowiedziała nam o wszystkich okolicznych górach, o sukienkach lokalnych kobiet (im więcej warstw tym wyższa klasa społeczna), a także o kapeluszach damskich. Kod damskich nakryć głowy w okolicach Huaraz: biały, różowy – wolna; celestyn  – żonata, dzieciata; brązowy – rozwódka lub wdowa, ale poszukująca partnera; czarny – wdowa, które nie szuka męża :-) Mieliśmy okazję się o tym przekonać przechadzając się po lokalnym targu.

Po 2,5h jazdy zobaczyliśmy pierwszą i drugą lagunę – zadziwiające, można na nie patrzeć cały dzień, lśniące, turkusowe… super! Kolor wody robił jeszcze większe wrażenie ze względu na ogólną szarość dookoła.

No i potem zaczęła się wspinaczka. Po kolei bolała nas głowa, brzuch, serce, brzuch, głowa, serce… i nogi, które nie chcą iść. Cała droga była dość trudna, ale w sumie jedynie przez chorobę wysokościową. Bo na początku trasa ciągnęła się wzdłuż rzeki, lekko wznosząc się w górę. Dalej, od wodospadu, zaczęła się trudniejsza część i większa stromizna. W międzyczasie robiliśmy przerwy, w trakcie których Linda testowała na nas swoje niekonwencjonalne metody leczenia bólu głowy :-) Nie działały, ale bałam się przyznać, bo jeszcze by mi coś nowego wymyśliła :-)

Ostatecznie wymordowani dotarliśmy po 3,5h do pięknego, granatowego jeziora ukrytego pośród granitowych gór i lodowców. Coś wspaniałego! Spędziliśmy tam godzinę ciesząc się widokiem.

Droga powrotna upłynęła dość sprawnie. Pakowanie też. Huaraz pożegnaliśmy kurczakiem, pstrągiem, wątróbką i spaghetti. A co! Teraz nocna trasa do Limy bardzo wygodnym semi-cama busem. Zobaczymy!

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.