Jak się obchodzi systematycznie św. Basketego…

…to się wygrywa z każdym! Brawo Romki!

Wersja dzienna i nocna

Po pierwszej rześkiej nocy, gdy dołączyło do nas czworo spóźnialskich, tworzyliśmy już zwartą grupą 11 osób. Ze względu na możliwość ogrzewania jedynie jednej izby, 4 przestronne pokoje z wygodnymi łóżkami świeciły pustkami, a my codzienne przekształcaliśmy naszą przestrzeń na wersję dzienną i nocną zwaną dalej barłogiem:

W związku z powyższym oraz z faktem, że rano temperatura w bargłogu zdecydowanie odbiegała od komfortowej dla człowieka, a do tego różniła się nawet o 10 stopni między poziomem stóp i głowy, siedzenie w miejscu w ogóle nie wchodziło w grę i co rano wystrzelało nas z domku jak z procy. Cudownie pusta przestrzeń dookoła, wspaniałe widoki oraz sanki spełniały wszystkie kryteria dobrej zabawy. Nawet jeśli cały dzień polega na trzech powtarzanych w kółko czynnościach: zjazd, podejście, odpoczynek…


Ocean i basseball na pożegnanie

Żeby się trochę napowietrzyć przed powrotem do Bostonu, a potem do domu,  zajrzeliśmy na Rhone Island. Piękne plaże, świetne fale do surfingu, koszykówka nad oceanem  i oczywiście tłumy urlopowiczów. Ach, no i  wreszcie był czas na pierwsze i ostatnie opalanie :-)



A wieczorem mecz baseball’a. Pierwsze dwie rundy poznawaliśmy zasady gry na diamentowym polu. Dalsze już byliśmy najwierniejszymi fanami red sox’ów :-) Let’s go red sox! Muszę przyznać, że rozgrywka nie jest porywająca, cała rywalizacja rozgrywa się między miotaczem a pałkarzem, ale napięcie rośnie w miarę rozgrywania kolejnych serii. Pod koniec gry już byliśmy nieźle wciągnięci :-)

To, co mi się podobało, to klimat, jaki panował na widowni. Trochę jak na naszych meczach siatkówki, rodzinna atmosfera, śpiewy, bardzo dużo maleńkich dzieci, wszyscy przebrani.

No i wygraliśmy 3:2!





Ruszamy w interior

Przez cały czas pobytu w Bostonie rozgrywał się swojego rodzaju plebiscyt – każdy doradzał, gdzie powinniśmy jechać, żeby zobaczyć dużo, poczuć przyrodę, doznać zachwytów, zrobić piękne zdjęcia… Wczoraj wieczorej ostatecznie wybraliśmy propozycję Hestona, który zachęcił nas do zobaczenia Maine. Czyli zaczynamy zwiedzać Stany metodycznie – od północnego wschodu :-) Chociaż New York nie wykluczamy. Rano odbieramy samochód i ruszamy! Z internetem (a raczej z czasem na internet) może być różnie, w związku z tym z wpisami i zdjęciami też. Ale zobaczymy, co da się zrobić.

Tymczasem żegnamy Boston.A Paweł żegna dodatkowo świątynię koszykówki TD Garden.

ps. Mimo kilku dni z dostępnem do netu nie zdążyłam napisać o chińskiej restauracji z szalonym kelnerem, o szklanych domach i New England Aquarium. Ale napiszę. Pewnie w Wołominie :-)

Baseball nieznany

Stadion baseballowy to dla europejczyka atrakcja. A legendarny stadion Fenway Park  to dla kibiców Red Sox po prostu świątynia! Słynny stuletni stadion mistrzowskiej drużyny, zielone siedzenia (green monster), sausageguy ten sam od 20 lat, boisko w kształcie kilku spodków do herbaty połączanych liniami, no i tajemnicze zasady gry, których nikt nie kuma :-)

Muszę przyznać, że udzieliła nam się atmosfera kibica, postanowiliśmy przymierzyć prawdziwe baseballowe czapeczki, rozkminić zasady gry  i obejrzeć za tydzień mecz Boston Red Sox – Baltimore Orioles.

Czego sie nie robi…?

… zeby posurfowac jeszcze raz i wypic kawe nad oceanem :-)

We wtorek rano wyjechalismy z pustyni do Errachidy (samochodem z poznanymi Wlochami) - 2h.  Potem autobusem lokalnym (tzw. kurczakowozem) do Ouarzazate 6h. Nastepnie nocnym do Marakeszu 5h, potem krotka drzemka na dworcu i rano do Essaouiry 3h. Razem 800km i jestesmy!

Na razie pogoda jest idealna… ale dla wytrawnych surferow i kite-surferow. My wybieramy sie jutro rano na walke z falami. Bedziemy na plazy juz z plecakami, bo o 15 wracamy do Marakeszu.

Ale znow poczuc ten wiatr od morza – bezcenne!

Nowy Rok = nowe hobby

Co prawda w Maroko nie swietuje sie specjalnie Nowego Roku (jest ciasto i spotkanie z przyjaciolmi), ale jakos chcielismy uroczyscie powitac 2010. Zamiast ognistych fajerwerkow wybralismy sie na ogladanie bezpiecznych, bo mokrych fajerwerkow w postaci ogromnych, wielometrowych fal oceanu rozbijajacych sie o skaly wokol murow miasta. Wspaniale!!! Zachowaly sie bardzo uroczyscie!

Poczynilismy takze postanowienia noworoczne, z ktorych jedno spelnilismy juz dzis – surfujemy!

No moze trudno nazwac to juz surfowaniem, ale pierwsze proby za nami. Baaaardzo wciagajacy sport, trudno teraz wyrwac sie z Essaouiry skoro mozna by codziennie, nieustannie, bez przerwy surfowac!

Tym bardziej powinniscie byc z nas dumni, ze zdecydowalismy sie zobaczyc cos jeszcze poza oceanem. Jutro wyruszamy do Fezu. Tam planujemy spedzic 1 dzien, a nastepnie dotrzec na pustynie w miejscowosci Merzouga, gdzie zamierzamy ujezdzac wielblady.

Trzeba sie sprezac, bo jak plan wykonamy sprawnie, to moze wrocimy jeszcze na pozegnalny surfing tuz przed odlotem!

PS. Podobno nie wszedzie na pustyni jest internet, wiec okazcie cierpliwosc, gdybysmy sie przez jakis czas nie odzywali.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.