Pustynna burza

Zgodnie z zaleceniami przyjzelismy sie blizej cesarskim miastom. Bylismy w Fezie i Meknesie. Moze tak: bylismy krotko wiec, nie dalismy im moze szansy… tloczno, przasnie, ale w jakis sposob klimatycznie. Duzo wiecej mozemy powiedziec o pustyni :-)

Dotarlismy pod granice z Algieria nad ranem i od razu musielismy zbystrzec, zeby wynegocjowac dobra cene i warunki do podboju  Sahary z Berberami. Poszlo niezle i juz po kilku godzinach poznalismy nasze dwa wielblady – Jimi’ego Hendrixa i Boba Marley’a.

Po 2 godzinach jazdy dotarlismy do pierwszego przystanku i okazalo sie, ze juz nie tak bardzo chcielismy wracac na grzbiety wielbladow. Nogi, tylek i plecy to zestaw czesci ciala, ktore na rozne sposoby probuja dac do zrozumienia, ze jezdzenie na wielbladzie nie nalezy do czynnosci naturalnych dla czlowieka z Europy … W odwecie okazalo sie, ze dla czlowieka z Afryki nie jest naturalna czynnoscia granie na gitarze i po malym koncercie Pawel przyswoil chlopcom sztuke uzywania akordow :-)

Nauka gry na gitarze sie przedluzala, bo w miedzy czasie nadeszla pustynna burza, dzieki ktorej piach opanowal cale nasze ubrania i plecaki lacznie z tym, co w srodku zapakowane w worki. Ale widoki bezcenne – piasek przemieszczajacy sie z ogromna szybkoscia, wiatrzysko okrutne i nagle zimno. Rozpogodzilo sie dopiero gby dotarlismy do naszego obozowiska z ‘milion stars hotel’. O poranku chcielismy juz namowic naszych camelman’ow, zeby to oni wsiedli na wielblady, a my je poprowadzimy, ale ostatecznie potrzeslismy sie jeszcze troche.

Wrazenia niezapomniane: przepiekne krajobrazy, przemile towarzystwo i swietna ‘berber whisky’.

ps. Polecam paniom na pustynie stringow nie zabierac. Tylko porzadne bawelniane majtaski!

Am.Pd. – chilijskie rodeo

Leniwy poranek w gorącym San Pedro de Atacama upłynął na rozmowach o różnicach kulturowych pomiędzy ludźmi w Peru, Boliwii i Chile oraz na przekręcaniu prania, żeby szybciej wysychało.

Generalnie doszliśmy do wniosku, że Chilijczycy są bardziej rozrzutni, pewniejsi siebie i mniej gospodarni niż pozostałe nacje. W Boliwii za to jest dość smutno,ludzie zmęczeni, jakby przygnębieni swoim losem. Być może przez niestabilną sytuację polityczną brakuje uśmiechów i serdeczności. A może po prostu takich ludzi poznaliśmy. W Peru za to dużo spotkało nas otwartości i pogody ducha, tyle że patrzyli na nas jak na bankomaty… Ach, nigdzie nie jest idealnie. Ludzie są różni i tu i u nas. Ale tak myślę, że powinniśmy mimo innego standardu życia w Europie pozostawać skromnymi i serdecznymi dla innych. Tutaj nic się nie marnuje, zawsze ktoś może skorzystać z tego, czego Ty już nie potrzebujesz. Czasem warto poszukać kogoś, komu potrzebny jest jakiś sprzęt, który planujesz wyrzucić. To mi się bardzo podobało i to chciałabym utrzymać w moim życiu.

Po poważnych rozmowach rozeszliśmy się w dwie strony, bo każdy chciał zobaczyć coś innego. Ula z Leszkiem pojechali na rowerach w poszukiwaniu flamingów. My udaliśmy się do muzeum (bez rewelacji, najbardziej podobało nam się urządzenie do przyrządzania halucynogenów, do tego  przed muzeum można było takie kupić na targu twórczości ludowej) i w poszukiwaniu basenów na pustyni. Do basenów (pozo 3) miało być 3 km z San Pedro. Było 5 i to na skróty. Mieliśmy w planach spędzenie tam całego dnia, więc opłacało nam się iść prawie 2 godziny przez nagrzaną, kamienistą pustynię.

Jednak po południowej stronie drogi 27 zauważyliśmy zgrupowanie ludzi i zboczyliśmy z trasy, żeby sprawdzić, co się dzieje. Okazało się, że to najprawdziwsze chilijskie rodeo z okazji święta niepodległości!!!!! Mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu, żeby na nie trafić! Niestety ludzie rozchodzili się z powodu 1,5h przerwy. Mieliśmy więc tyle czasu na kąpiel, a potem szybko na zawody :-)

Pozo 3 to nie tylko basen, ale jakby całe centrum piknikowe. Ludzie zjeżdżają tam samochodami, rozstawiają grilla, wieszają flagi i świętują. Woda w basenach zimna, ale ukoiła nagrzaną słońcem skórę. Było mi to potrzebne.

W trakcie drogi powrotnej walczyliśmy z tumanami kurzu, który unosił porywisty wiatr. Z plusów – szybko wyschły kostiumy kąpielowe.

Rodeo rewelacja! Jak na filmach o dzikim zachodzie :-)  Kobiety, dzieci, wszyscy w kapeluszach z ogromnym rondem i wystrojeni w narodowe barwy. Piwo tańsze niż woda. Kowboje po dwóch próbują okiełznać/przewrócić byka. Do tego komentator, który wykrzykuje punkty – tres malo, un bueno… Pełen folklor. Do tego niesamowity kurz,  wiatr i okrutne słońce, ale podobno to normalne. Jesteście w końcu na rodeo! Witamy w San Pedro! – tak przywitał nas amigo, który otwierał i zamykał bramę bykom. Pani stojąca obok szybko streściła nam reguły i już byliśmy swoi :-)

Trudno było stamtąd wyjść, ale akurat znów trafiliśmy na przerwę. W mieście zawitaliśmy jeszcze na festyn niepodległościowy, aby spróbować przysmaków z grilla i popić chichę domowej produkcji. Dobre, słodkie sfermentowane winko. Noc w autobusie nad wybrzeże. Żegnajcie kowboje!

Am.Pd. – Bolivia Racing

Dzień skalisty. Kilka super skałek: Copa del munde, La roca de Italia, Piedra de arbol, a na koniec dolina skalista (Valle de las rocas). Skały tutaj są zupełnie wyjątkowe – ogromne, smagane wiatrem, porowate, wielobarwne, wyrastające nagle pośrodku niczego. Cos pięknego. Szczególnie kanion z przepięknym widokiem na wyschniętą dolinę rzeki.

Zaprzyjaźniliśmy się też na dobre z Michelem z Belgii. Było bardzo wesoło, dużo optymizmu wprowadza w nasz wyjazd. Obiad super – bardzo smaczna i świeża alpaka, a do tego arbuz. Tacy tu jesteśmy wymęczeni przez silny wiatr i słońce, nosy mamy zapchane piachem, że wszystko, co soczyste smakuje podwójnie dobrze!

Wieczorem Ruben zafundował nam rajd Bolivia Racing – odcinek specjalny pokonaliśmy ledwo utrzymując się na siedzeniach. Już rozumiem, dlaczego sufit w jeepie jest miękki :-)) Jedyny dylemat – czy jechać z otwartym oknem ryzykując wypadnięcie, czy z zamkniętym, ryzykując uduszenie :-) Wszystko po to, żeby nie spędzać zbędnego czasu w podróży. Oczywiście nie liczymy kolejnej pękniętej opony ;-)

I rzeczywiście, zdążyliśmy dotrzeć do San Juan przez zmrokiem i jeszcze krótko zagrać w ping-ponga. A ping-pong z widokiem na morze soli, to wyjątkowy ping-pong, bo zapowiada po cośmy tu przyjechali.

Am.Pd. – Pustynia Atacama

Autobus rzeczywiście świetny, przespaliśmy całą noc. No może poza kontrolą bagaży o 4 nad ranem. W San Pedro (jedynej oazie na pustyni Atacama) nastawiliśmy się na ceny sufitowe i rzeczywiście tak było. Ostatecznie (po dłuuuugim spacerze po mieście i podwózce jeepem) wynegocjowaliśmy nocleg po 11$ za osobę w dwójce i trójce. Hostel drogi, ale za to ma wszystko, czego człowiekowi do życia potrzeba – kuchnię, wykafelkowaną łazienkę, internet, a nawet ognisko w jadalni :-) Bardzo przyjemne miejsce. Zamieszkała z nami babeczka z Hong-Hongu – ciężko pracująca pielęgniarka, która przez półtora miesiąca w roku staje się obieżyświatką. W Polsce była dwukrotnie w latach 90-tych i ponownie pięć lat temu. Mówiła o kolosalnych zmianach!

Dziś, jak zwykle po przyjeździe w nowe miejsce, dzień negocjacji. Wynajęliśmy jeepa do Boliwii w dobrej cenie, a dodatkowo skusiliśmy się dziś wybrać na podziwianie uroków Valle de la Luna (Doliny Księżycowej). Oprócz tego okazało się, że ze względu na święto niepodległości  w dniach 18-20 września, Chile jest sparaliżowane komunikacyjnie (pierwszy wiosenny długi weekend). Dlatego złapaliśmy ostatnie bilety do La Sereny, żeby spędzić czas nad oceanem, a nie na  i tak już drogiej pustyni. Ale widać już teraz, że bilety wyprzedane na wszystko co się da, wszędzie flagi, dekoracje, kotyliony, chicha leje się strumieniami…. A jeszcze tydzień do właściwej imprezy :-)

Po południu trafiliśmy na menu del día con mariscos (owoce morza), ale okazały się górą wszystkiego, co można w morzy znaleźć, nie tylko mięsa… :-) Dlatego na wieczór nastawiliśmy się na gotowanie spaghetti :-)

Ale już teraz o Dolinie Księżycowej. Krajobraz rzeczywiście nie z tej ziemi, ziemia błyszczy od soli, chrupie, jak się po niej stąpa. Wszędzie ogromne przestrzenie pustyni Atacama i gdzieniegdzie wyrastające skały, wydmy, meandry, nawet amfiteatr.  Ogólnie super, choć sam zachód słońca tłoczny i przereklamowany.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.