Vamos a la playa

Dzień w Playa de Las Americas i Los Cristianos. Cóż… trudno się zachwycać tabunami Brytyjczyków, wioskami zabudowanymi hotelami i sztucznymi plażami z piaskiem z Sahary. Ale staraliśmy się, naprawdę. Dostrzegliśmy przyjemność z nadmorskich spacerów i dramatyzm chmur nad Gomerą.

Ale już dosyć. Co tu dużo mówić, jutro bierzemy samochód i jedziemy na zadupie.


Ocean i basseball na pożegnanie

Żeby się trochę napowietrzyć przed powrotem do Bostonu, a potem do domu,  zajrzeliśmy na Rhone Island. Piękne plaże, świetne fale do surfingu, koszykówka nad oceanem  i oczywiście tłumy urlopowiczów. Ach, no i  wreszcie był czas na pierwsze i ostatnie opalanie :-)



A wieczorem mecz baseball’a. Pierwsze dwie rundy poznawaliśmy zasady gry na diamentowym polu. Dalsze już byliśmy najwierniejszymi fanami red sox’ów :-) Let’s go red sox! Muszę przyznać, że rozgrywka nie jest porywająca, cała rywalizacja rozgrywa się między miotaczem a pałkarzem, ale napięcie rośnie w miarę rozgrywania kolejnych serii. Pod koniec gry już byliśmy nieźle wciągnięci :-)

To, co mi się podobało, to klimat, jaki panował na widowni. Trochę jak na naszych meczach siatkówki, rodzinna atmosfera, śpiewy, bardzo dużo maleńkich dzieci, wszyscy przebrani.

No i wygraliśmy 3:2!





Barcelona wiosennie

Wypadliśmy na kilka dni do Barcelony. Zupełnie przypadkiem zanocowaliśmy w polskim mieszkaniu, zupełnie przypadkiem trafiliśmy do filharmonii, zupełnie przypadkiem codziennie jedliśmy sushi… Hm, w sumie zupełnie przypadkiem się świetnie bawiliśmy :-)))


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.