Siedzi Ufal w Kanadzie…

… a ja nie mogę doczekać się wrażeń :-)

Ze wstępnych informacji wiem, że jest dość amerykańsko, tzn. wysokie budynki i ciągły hałas klimatyzacji.

Pojawiła się też uwaga motoryzacyjna, że wszędzie jeżdżą samochody hybrydowe. Zwłaszcza taksówki,
ale nie tylko. Można spokojnie zaryzykować twierdzenie, że jeśli ktoś ma nowy samochód i nie jest to pojazd terenowy, to zapewne jeździ hybrydą.

Nie mogło oczywiście zabraknąć obserwacji koszykarskich: Mają tu przesrane bardziej niż my. Mecze są w środku dnia ze względu na strefę czasową (u nas są o drugiej w nocy), a przed skrótami muszą oglądać reklamy ;)

A na koniec trochę wrażeń podatkowych: do wszystkiego doliczają cholerny podatek. W Stanach dodawali go do elektroniki tylko (przynajmniej w stanie MA). Tutaj w “spożywczym” wszystkie ceny są podane bez podatku i nie wiadomo i tak ile co kosztuje. Np. do sałatki za 7 dolców dodają co najmniej 1 dolca podatku.

Póki co nie znam wrażeń turystycznych, ale po zdjęciach można się zorientować, że nie jest źle.

Póki co, tyle obserwacji.

I jeszcze jedna prośba: Pozdrów proszę wszystkich, których dzisiaj będziesz widziała (tzn.
tych co znam ;) obsługę na stacji benzynowej możesz pominąć).

Tenerife de Sur

Dotarliśmy szczęśliwie choć z przygodami. Ogólnie można to podsumować wnioskiem, że są takie miejsca gdzie rezerwacja noclegu się przydaje :-) Plan na wygodne miejsce do lenistwa z basenem i drinkiem z palemką jednak zrealizowany.

Rozpoczęliśmy też degustację miejscowych specjałów – pieczona sola i lokalne ziemniaczki w mundurkach idealne z sangrią.

 

Am.Pd. – ¡Adiós Peru!

Cały dzień w trasie. Najpierw z Arequipy do Tacny autobusem. Widoki przepiękne. Tony piachu wokół, ale pięknie i tak! Trudno było oderwać wzrok. W ogóle te przestrzenie w Peru są dla mnie zachwycające. Ciężko będzie wrócić do ciasnej Europy…

W Tacnie dopadli nas taksówkarze z oldmobilów oferując przejazd przez granicę. Początkowo mieliśmy wybrać autobus, ale ryzyko czekania na uzbieranie się kompletu pasażerów przeważyło. Wsiedliśmy do oldschoolowego 25-letniego auta i ruszyliśmy w trasę. Po drodze zjedliśmy wszystkie kanapki, więc mamy nadzieję, że w Chile żywią dobrze. Jadąc wypełniliśmy deklaracje graniczne (Paweł zadeklarował mate de coca) i podziwialiśmy olbrzymie połacie piachu, które wg kierowcy za kilka lat będą pokryte lasem (buachacha :-)))) Podobno to ze względu na rurociągi, którymi transportuje się wodę z oceanu (wcześniej ją odsalając). No, jak oni mają takie tempo nasadzeń, jak my budowy autostrad, to szczerze wątpię w powodzenie tej sprawy w najbliższym 50-leciu.

Granica z mnóstwem okienek i rewizjami bagażu poszła dość sprawnie. No i jesteśmy w CHILE!!! Przestawiliśmy zegarki o godzinę do przodu i zaczęliśmy rozglądać się wokół. Od razu widać, że to bogatszy kraj. Tak bardziej europejsko, schludnie, ale wszyscy straszą, że bardzo drogo. Na razie bardzo tego nie odczuliśmy, bo spokojnie wytargowaliśmy bilet autobusowy do San Pedro w cenie peruwiańskiej. W obawie przed brakiem bankomatów na pustyni Atacama wyciągnęliśmy też sporo kasy i teraz macamy się po wszystkich kieszeniach i sprawdzamy czy jeszcze są :-)

A nominały są tutaj niezłe. Złotówka to 200 pesos, więc każdy z nas wyjął po… 330’000 pesos :-) Monety są po 50, 100, 500… Wesołe liczby, teraz uczymy się przeliczania – najpierw razy dwa, potem odjąć trzy zera. Wtedy wychodzą dolary, a jak się pomnoży jeszcze przez trzy, to będą złotówki :-)

Podsumowując, Peru podobało mi się bardzo – było gwarno, kolorowo, pozytywnie, wszyscy się przepychają, przekrzykują, jest tanio i wesoło. Filmy w autokarze zawsze z dubbingiem, kierowcy-rajdowcy, tanie mercado ze wszystkimi owocami, których nie dopuściła Unia Europejska… Teraz za to marzymy o hostelach z dostępną kuchnią, o nawilżeniu naszych nosów, doleczeniu przeziębień, mniejszym tłoku i spokojnym chodzeniu po ulicach :-) Zobaczymy. Póki co mamy bardzo wygodny nocny autobus do san Pedro i zamierzamy się wyspać :-)

Am.Pd. – Lot przez Atlantyk

Podróż długa i dla mnie dość stresująca (żeby zająć czymś głowę i nie denerwować się przyszłą katastrofą lotniczą, przepisałam cały zeszyt do hiszpańskiego, zajęło mi to jakieś 6h). Reszta głównie spała.

Jak przelecieliśmy Atlantyk, pojawiły się na trasie piękne Wyspy Karaibskie, a potem Amazonka i Andy… mm… nawet na chwilę zapomniałam, że mam się bać.

Pod koniec lotu, samolot i wszyscy pasażerowie zostali profilaktycznie zdezynfekowani, a potem po opuszczeniu samolotu przywitano nas w maskach (panika świńskiej grypy :-)

Pani z hostelu czekała na nas na lotnisku, uśmiechnięta z wielkim napisem URSZULA, jakby to jedna Urszula na świecie była :-) W trakcie drogi pierwsze wrażenia – bieda, przestrzeń, głośno, hałas, stare autobusy, klaksony, piękne wybrzeże, wysypisko śmieci zamiast plaży, domy w wiecznym remoncie…

Hostel (Flying Dog) fajny, łóżka wygodne, woda ciepła tylko wieczorem.  Po przepakowaniu się, pochowaniu pieniędzy we wszelkie ukryte kieszonki i skrytki wyszliśmy na spacer po Miraflores. To dzielnica turystyczna i ponoć najbezpieczniejsze miejsce w Limie. Kasę wymieniliśmy na ulicy w przenośnym walutomacie – to taki człowiek oplakietkowany i z licencją, który jest pełni oficjalne usługi wymiany walut. Nie powiem, żeby to było mega bezpieczne, ale jak nie oszukiwał, to miał najlepszy kurs. Przeszliśmy się też nad ocean – główny deptak iście europejski, oświetlony i elegancki. Boczne ulice masakryczne. Ach, no i kolacja była też. Zjedliśmy ostre meksykańskie żarcie, chociaż owoce kusiły…

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.