Am.Pd. – powroty, czyli gdzie są palmy?

Po umownej nocy w samolocie (w związku ze zmianą czasu “zgubiliśmy” 6h) przylecieliśmy rano wymięci na lotnisko w Paryżu. A tam zimno, leje deszcz, nie ma żadnej palmy i francuski zamiast hiszpańskiego! O rety, gdzie my jesteśmy? Dobrze, że mam czapkę z Peru!

Ach, będziemy bardzo miło wspominać ten wyjazd. Mimo różnych drobnych problemów, nieprzespanych nocy, czasem monotonnego jedzenia (ryż+ziemniaki+bułka) i tak było to niezapomniane 6 tygodni pełne wrażeń, zachwyceń, totalnych zdziwień, pięknych widoków, cudów przyrody, uśmiechniętych ludzi, tanich i cudownie słodkich owoców, kaleczonego hiszpańskiego i niezapomnianych tanecznych rytmów. Ach… już chce się wracać.

Am.Pd. – ¡Adiós Peru!

Cały dzień w trasie. Najpierw z Arequipy do Tacny autobusem. Widoki przepiękne. Tony piachu wokół, ale pięknie i tak! Trudno było oderwać wzrok. W ogóle te przestrzenie w Peru są dla mnie zachwycające. Ciężko będzie wrócić do ciasnej Europy…

W Tacnie dopadli nas taksówkarze z oldmobilów oferując przejazd przez granicę. Początkowo mieliśmy wybrać autobus, ale ryzyko czekania na uzbieranie się kompletu pasażerów przeważyło. Wsiedliśmy do oldschoolowego 25-letniego auta i ruszyliśmy w trasę. Po drodze zjedliśmy wszystkie kanapki, więc mamy nadzieję, że w Chile żywią dobrze. Jadąc wypełniliśmy deklaracje graniczne (Paweł zadeklarował mate de coca) i podziwialiśmy olbrzymie połacie piachu, które wg kierowcy za kilka lat będą pokryte lasem (buachacha :-)))) Podobno to ze względu na rurociągi, którymi transportuje się wodę z oceanu (wcześniej ją odsalając). No, jak oni mają takie tempo nasadzeń, jak my budowy autostrad, to szczerze wątpię w powodzenie tej sprawy w najbliższym 50-leciu.

Granica z mnóstwem okienek i rewizjami bagażu poszła dość sprawnie. No i jesteśmy w CHILE!!! Przestawiliśmy zegarki o godzinę do przodu i zaczęliśmy rozglądać się wokół. Od razu widać, że to bogatszy kraj. Tak bardziej europejsko, schludnie, ale wszyscy straszą, że bardzo drogo. Na razie bardzo tego nie odczuliśmy, bo spokojnie wytargowaliśmy bilet autobusowy do San Pedro w cenie peruwiańskiej. W obawie przed brakiem bankomatów na pustyni Atacama wyciągnęliśmy też sporo kasy i teraz macamy się po wszystkich kieszeniach i sprawdzamy czy jeszcze są :-)

A nominały są tutaj niezłe. Złotówka to 200 pesos, więc każdy z nas wyjął po… 330’000 pesos :-) Monety są po 50, 100, 500… Wesołe liczby, teraz uczymy się przeliczania – najpierw razy dwa, potem odjąć trzy zera. Wtedy wychodzą dolary, a jak się pomnoży jeszcze przez trzy, to będą złotówki :-)

Podsumowując, Peru podobało mi się bardzo – było gwarno, kolorowo, pozytywnie, wszyscy się przepychają, przekrzykują, jest tanio i wesoło. Filmy w autokarze zawsze z dubbingiem, kierowcy-rajdowcy, tanie mercado ze wszystkimi owocami, których nie dopuściła Unia Europejska… Teraz za to marzymy o hostelach z dostępną kuchnią, o nawilżeniu naszych nosów, doleczeniu przeziębień, mniejszym tłoku i spokojnym chodzeniu po ulicach :-) Zobaczymy. Póki co mamy bardzo wygodny nocny autobus do san Pedro i zamierzamy się wyspać :-)

Am.Pd. – Arequipa na luzie

Dziś dzień na luzie. Wstaliśmy … no późno, późno… Ale kiedyś trzeba się wyspać :-) Leszek z Ulą zerwali się na rafting, a my oddaliśmy rzeczy do pralni i ruszyliśmy w miasto. Swoją drogą instytucja pralni jest w Peru świetna. W każdym większym mieście można znaleźć pralnie, w których za równowartość 3 złotych można wyprać 2 pary spodni, bluzy, koszulki i ręczniki, czyli to, co śmierdzi najbardziej :-)

Arequipa to zachwycające miasto. Można podziwiać krajobrazy i wulkany z miejskich punktów widokowych, poprzepychać się przez tłum wokół mercado central,  nawąchać się oparów z taksówek tico i lokalnych barów, podzwonić z żywego automatu telefonicznego, popatrzeć jak dzieci świętują urodziny swojej szkoły albo pośmiać się z byle powodu z przechodniami… Zdecydowanie to miasto dla mnie.

Am.Pd. – wspinaczka

O 5 rano zjedliśmy jajecznicę po ciemku (w kanionie nie ma prądu) i ruszyliśmy w naszą ciężką drogę pod górę. To musiało kiedyś nastąpić – przez dwa dni schodziliśmy non stop w dół… W zależności od pogody i nasłonecznienia wspinaczka trwa od 3 do 7 godzin. My, jak się potem okazało, całkiem sprytne wyszliśmy o świcie, gdyż prawie całą trasę zrobiliśmy w cieniu. Tym razem poszło mi dużo lepiej – złapałam dobre tempo i oddech. Dodatkowo szliśmy z Pawłem osobno, także każde z nas miało swoje zadanie do wykonania w swoim tempie. Uff… wleźliśmy jakoś.

Na górze małe opóźnienia w związku z wymianą opony. Potem okazało się, że mam klaustrofobię i autokar jest dla mnie za ciasny (siedzenia były poprzewiercane bliżej siebie, żeby zmieściło się więcej osób). W związku z tym trafiłam na sam przód i trasa minęła mi z panoramicznymi widokami. Jedynie kierowca chyba pracował wcześniej w Z-Bussie, bo myślałam, że umrę ze strachu na kilku zakrętach. W międzyczasie zatrzymywaliśmy się, aby podziwiać wulkany, uratować lamę z błota, wykąpać się w mega gorących źródłach i zjeść obiad (tym razem totalne rarytasy – warzywa, gulasz, pieczone banany, alpaka…)

Wieczór minął na spacerze po mieście i pogawędkach na tarasie. Instytucja tarasu i kuchni w hostelu jest w ogóle świetna i czyni wyjazd jeszcze tańszym – można zrobić herbatkę, ice tea i kanapki na kolejny dzień, posiedzieć przy kolacji, a w Arequipie dodatkowo pooglądać miasto z góry i wulkan Misti.

Am.Pd. – Na dnie kanionu

Po porannych naleśnikach ruszyliśmy w drogę do Paraiso. Z góry wyglądało rzeczywiście bajecznie – baseny, palmy, upragniona zieleń, także szliśmy dziarsko. Droga do oazy jednak piaszczysta, tyle że nieco łatwiejsza, bo w miarę płaska i przyjemna (może też ze względu na wczesną porę). Minęliśmy też boisko do piłki nożnej, na którym regularnie w każdą niedzielę odbywają się mecze. Wygląda na to, że zawodnicy mają niezłą rozgrzewkę w samym dotarciu do tego miejsca :-) Druga część trasy miała strome piaszczyste zejście, ale przyjemniejszą zieleń i wodospady wokół.

Na szczęście na dole czekały na nas stoliki i fotele pod palemką, basen i miły lodge z wygodnymi łózkami! Śmialiśmy się też z Naomi, że przydałoby się jeszcze spaghetti i… okazało się, że rzeczywiście było :-) Całkiem smaczne jak na tutejsze warunki. Zastanawialiśmy się nawet, czy by tu może na leniwe wakacje nie wrócić, ale wygląda, że daleko – najpierw z Europy 12h samolotem, potem lot z Limy do Arequipy, dalej a Arequipy 6h autobusem i jeszcze pół dnia piaszczystego stromego zejścia. Mało kto tu trafi :-)

Popołudnie leniwe, trochę jak na wakacjach :-) Pływanie, piwko, wypisywanie pocztówek…

Dodatkowo postanowiliśmy zostać na jeden dodatkowy dzień w Arequipie po powrocie z kanionu. Chcemy trochę rzeczy załatwić – zakupy, internet, pamiątki, pocztówki, zwiedzanie miasta… Leszek z Ulą myślą o raftingu. Ja też myślę, ale ze względu na przeziębienie boję się wypowiedzieć to na głos…

Am.Pd. – Kanion Colca

Dzień zaczął się bardzo wcześnie, ale pospaliśmy jeszcze ze 3h w autobusie. Przewodnik mało kompetentny – ograniczał się do wymawiania nazwy przystanku i czasu na zwiedzanie. Śniadanie też było symboliczne, ale o tym akurat wiedzieliśmy, dlatego Ufal zrobił wczoraj wypasione kanapki z szynką, serem, pomidorem, papryką i ogórkiem. Mniami!!!

Trasa fajna i nawet nie męcząca. Chyba się przyzwyczailiśmy do ciągłego jeżdżenia. Po 5h jazdy dotarliśmy do Cruz del Condor, stanowiska skąd mogliśmy oglądać loty kondorów. Niestety nie tylko my – jeszcze dodatkowo jakieś 700 osób :-)

Ale najważniejsze że były też kondory! Tworzy się tu taki tunel powietrzny, w którym rano, kiedy jest już widno, ale słońce jeszcze nie zagląda do wnętrza kanionu, można podziwiać przelatujące ptaki. Naprawdę super! Olbrzymie, dostojne, szybowały przed nami na zmianę z lewej na prawą.

Ruszyliśmy dalej do wsi Cabanadonde, gdzie główną atrakcję dla nas stanowił cennik na drzwiach kościoła oraz przechodzące panie w specyficznym stroju i ekwipunku :-)

Po obiedzie (makaron + ziemniaki + ryż) ruszyliśmy w dół do kanionu. Droga ciężka ze względu na pył, luźne kamienie i niesamowity upał. Poza tym wewnątrz kanionu nie istnieje żaden ruch samochodowy ani motorowy, który by ubił nawierzchnię. Istnieją tylko nogi człowieka, konia lub osła (pamiętaj osła brać zawsze od wewnętrznej!). Dotarliśmy na dół po 3h brudni i padnięci, z oczami i nosem pełnymi piachu. Wiedząc, że w kanionie jest mega zimno po zmierzchu, szybko wzięłam prysznic i ucięłam sobie drzemkę w naszym lodge’u mając nadzieję na szybkie wyzdrowienie. W tym czasie Paweł użył książki Pałkiewicza zgodnie z poradami tam zawartymi – czyli wyrwanymi stronami pozaklejał dziury w oknach.

Na szczęście kolacja była bardzo sycąca (zupa + drugie = wypas). Nasza przewodniczka fajnie gotuje! Po kolacji odśpiewaliśmy Uli szybkie sto lat, wypiliśmy winko i zasnęliśmy bardzo szybko.

Am.Pd. – Titicaca cd.

Dzień zaczął się pośpiesznie o 6:30. Dostaliśmy ciepłą wodę do umycia zębów. Na śniadanie były pyszne naleśniki z dżemem. W takich chwilach świat wydaje się taki mały :-) Tysiące razy jedliśmy identyczne naleśniki na śniadanie, ale te były przepyszne! Pożegnaliśmy się grzecznie, wzięliśmy plecaki i ruszyliśmy do portu, aż tu nagle krzyczy do nas Emiliana, żebyśmy oddali czapki, które wczoraj nam podarowała! I okazało się, że piękne, ręcznie robione czapki były tylko wypożyczone na czas wejścia do wzgórze świątynne… Co za zgrzyt. Zrobiło się bardzo niesmacznie i, mimo że czapki były super, ani myśleliśmy je kupować. Raczej chcieliśmy czym prędzej zwiewać z tej wyspy. I najchętniej odebrać też wino, kawę i herbatę, które podarowaliśmy im wczoraj!

Następna wyspa Taquile okazała się bardziej zadbana, bardziej zielona, ale równie turystyczna jak Uros. Wypiliśmy tam najgorszą kawę jak do tej pory (i chyba też najdroższą) i odwróciliśmy się do niej tyłem, żeby podziwiać przepiękne góry po boliwijskiej stronie. Widoki były rzeczywiście niesamowite, choć słońce grzało bezlitośnie jakby pionowo w czubek głowy. Przyglądaliśmy się też nieco panom słynącym z tego, ze dziergają samodzielnie czapki na drutach. Dla młodzieży białe, dla dojrzałych czerwone. Pyszny, ale przepłacony obiad zjedliśmy z całą condor group na tarasie widokowym. Wyspę pożegnaliśmy przez sławną bramę i ruszyliśmy w drogę powrotną.


W Puno mieliśmy do wykonania misję – odebrać notes i kartę pamięci z hostelu i powiedzieć panu, że nie zostajemy na noc. Aż brzuch mnie rozbolał z nerwów i stwierdziłam, że to zbyt ważne rzeczy dla mnie (moje zapiski + karta z fotkami z Machu Picchu) i nie mogę tam pójść. Dlatego Paweł sam z zimną krwią, ale i z uśmiechem załatwił sprawę za 2 $ :-)

Potem zaopatrzyliśmy się na targu w zapas żywności i ruszyliśmy na dworzec szukać autobusu do Arequipy. Znalazł się dość szybko i nawet tanio, ale zaczęły się i problemy. Najpierw autobus przyjechał spóźniony o 30 minut, a potem okazało się, że autobus innej firmy popsuł się i opłaca się zaczekać, aby doładować jeszcze ludzi z bagażami. Po kolejnej godzinie udało się wyjechać, ale już w Juliace doszło kolejne 30 osób z tysiącami pudeł i worków. W zasadzie nie wiem jak się mieścimy. Niestety w związku z nową sytuacją, mimo że nasz autobus miał być bezpośredni, zatrzymujemy się na każdej stacji (tak jak miał w planie zepsuty autobus). Jedziemy w gronie samych lokalsów (poza parą amerykanów) i wszystkim nam zaczęły już puszczać nerwy. Tupanie, walenie w szyby i okrzyki protestu to jednak nie nasza sprawka.  Po kilku przystankach zatrzymała nas również policja… No i okazało się, że miano najbardziej skorumpowanego miasta na świecie nie jest w przypadku Juliaci przesadzone. Policja obszukała nasze podręczne bagaże dość pobieżnie, a potem dobrała się do luku głównego. I wygląda na to, że zostali przekupieni, bo kilka pudeł (z ciastkami i cukierkami) zostało na zewnątrz. My ku ogromnej uldze i okrzykach radości tych, co przewożą coś bardziej nielegalnego, odjechaliśmy w siną dal. Zastanawialiśmy się tylko, czy nasze plecaki (zapakowane w niepozorne worki po kartoflach), nie zostały uznane za łup… Po drodze zatrzymywaliśmy się jeszcze kilka razy i ostatecznie dojechaliśmy do Arequipy o 0:30. Przewidując wieczorny przyjazd mieliśmy rezerwację hostelu. Trudno się było jednak do niego dopukać. Zajęło nam to dobre 20 minut, żeby dobudzić portiera. Ostatecznie wylądowaliśmy w dwóch mikroskopijnych pokojach z piętrowymi łóżkami i hałasem z głównej ulicy miasta. Ula, Paweł i Leszek byli na tyle zdeterminowani, że wzięli prysznic, Paweł nawet zrobił pranie (mieliśmy tylko 3 komplety bielizny, więc trzeba było robić pranie co drugi dzień). Ja, w związku z przeziębieniem wzięłam tylko aspirynę, włożyłam w uszy zatyczki i padłam tak jak stałam.

Am.Pd. – jezioro Titicaca

W najgorszym z możliwych miejsc, w najgorszym hostelu zdarzyło mi się zgubić notes z podroży. Opcje są dwie – albo pan upłynni kartę pamięci ze środka, a notes mi odsprzeda, albo uda, że niczego nie znalazł… Ta druga opcja jest troszkę mniej prawdopodobna, ponieważ obiecaliśmy mu, że wrócimy do niego w niedzielę na jeszcze jedną noc. No, ale póki co ten wpis zamieszczam na luźnych kartkach.

Tymczasem wycieczka po jeziorze okazała się strasznym kiczem. Na razie nasza “grupa Kondora” odwiedziła pływające wyspy trzcinowe Uros. A tam pełne udawanie  – ludzie przebrani, panie śpiewają na powitanie, dom obłożone trzciną a za nimi (Ula zajrzała) blaszane miski, szczotki do zamiatania i panele słoneczne. O rety, ciężko będzie znieść te dwa dni! Na wyspach można oczywiście za pieniądze przymierzyć stroje, kupić pamiątki albo przepłynąć trzcinową łódką za 8 soli. Za to podczas wykładu o wyspach (mają specjalne makiety pokazowe) udało mi się odgadnąć (trochę oszukiwałam) ilość metrów do dna (17m) i dostałam w nagrodę wiszące coś (będzie na choinkę :-) Natomiast Leszek ocalił jedną z wysp przed pożarem! Podczas gdy “mieszkańcy” zajęci byli zabawianiem turystów, ogień pod kuchnią niebezpiecznie zajął trzcinowe podłoże. Tym sposobem zostaliśmy jednocześnie demaskatorami, oszukańcami i wybawicielami wysp pływających Uros :-)

Z niejednego źródła wiedzieliśmy, że na wyspach tak naprawdę nikt nie mieszka, ludzie przyjeżdżają tylko na dzień zgarnąć kasę od turystów. Jednak jak dziś zobaczyliśmy te solary, narzędzia, wiszące pranie i ogólny syf za domkami, to wydaje się, ze jednak ktoś tu musi dłużej przebywać. Nie zmienia to jednak faktu, że jesteśmy dla nich tylko bankomatami, a oni dla nas tylko przebierańcami. Takie udawanki.

Następną wyspą była Amantani, gdzie zostaliśmy przydzieleni do rodziny kapitana naszej łodzi. Wyspa nie ma prądu (oprócz generatorów) i ruchu samochodowego, nie ma aut, motorów, rowerów, nie ma też dróg. Jest kilka miejscowości, w sumie ok 2000 mieszkańców, 3 szkoły podstawowe, jedno gimnazjum i jeden lekarz od wszystkiego. Do tego panie noszą długie czarne chusty na głowach, które zbierają i utrzymują ciepło. Całość robi niesamowite wrażenie – jest przestrzeń, cisza i spokój. Obecnie jest pora sucha, więc nic nie rośnie na polach, wokół tylko suchy piach, nawet rośliny wokół domów przesuszone. Klimat jest bardzo surowy (w końcu to Altiplano) – w dzień gorąco w słońcu i zimno w cieniu, w nocy temperatura spada do zera.

W naszym domku warunki bardzo skromne, ale schludnie i czysto. Wybraliśmy opcję spania we czwórkę w jednym pomieszczeniu, także było nam ciepło i bardzo wesoło. Śmialiśmy się z Leszka i jego tekstu o pizzy z “mnóstwą ilością sera”. Rodzice byliby załamani, że zapominamy języka polskiego :-)

Obiad całkiem smaczny – krupnik, a do tego ziemniaki, marchew i smażony ser żółty. Wszystko bez soli. Do picia muña – coś między tymiankiem a miętą.

Po obiedzie udaliśmy się na spacer na górę “Pachamama” (można było jeszcze iść na “Pachatata”, ale serce poprowadziło nas w lewo :-). Na wzgórzu tradycja nakazuje wykonanie trzech okrążeń wokół świątyni.  Pierwszy – za przyjaźń i przeszłość, drugi – za podziękowanie i teraźniejszość, a trzeci za spełnione marzenia i przyszłość. Podziwialiśmy także zachód słońca nad jeziorem Titicaca i granicą boliwijską. Naprawdę przepięknie. Ta cisza wokół czyni wyspę jeszcze bardziej magiczną.

Wieczorem, kiedy mieliśmy nadzieję w końcu w coś pograć, przyszła nasza gospodyni Emiliana i przyniosła swoje stroje ludowe. Kazała się przebierać (nic nie kumamy w tym quechua, ale to zrozumieliśmy!) i wyciągnęła nas na potańcówkę :-) Tam czekali już na nas uczestnicy Condor group, oczywiście także przebrani. Generalnie festyn na MAXA, ale staraliśmy się wczuwać i nie marudzić. No i oczywiście tańczyliśmy! Emiliana wyciągała nas po kolei do tańca, także nie było zmiłuj! Grały dwie kapele na zmianę (patent świetny, w ogóle nie mieli przestojów). Było też sporo lokalsów, którzy, ku naszemu zdziwieniu, wyglądali jakby się świetnie bawili.

Ostatecznie udało nam się uciec po 1,5 godzinie i czym prędzej poszliśmy spać.

Am.Pd. – do Puno

Trasa Cuzco-Puno piękna – pustka, malownicze krajobrazy, rzeka, góry, stepy, flamingi… Ach, można odetchnąć od tłumu turystów z Cuzco i Machu Picchu.

Puno okazało się jednak okropne – najgorsze miasto, jakie do tej pory widzieliśmy – brudne śmierdzące, tłoczne, ciasne i mało bezpieczne. A nasz hostel to już wyjątkowa nora. Nawet Paweł chce spać w śpiworze, żeby nie wchodzić pod ichnią pościel :-) Ja to w ogóle nie byłam skora wychodzić ze śpiwora. Jedzenie za to niezłe, ceny w sklepach rozsądne. Czym prędzej zatem kupiliśmy bilety na dwudniowy rejs po jeziorze Titicaca i wróciliśmy do hostelu pilnować plecaków. Jutro na wyspy, a potem zmywamy się stąd. Wieczorem trochę nas czarny humor złapał, robiliśmy sobie foty ze sztucznymi kwiatami w naszym “hostelu” :-)

Hm.. jutro będziemy spać w śpiworach quechua na wyspie, na której mówi się tylko w quechua :-) Jeszcze tylko trzeba przeżyć noc…

Am.Pd. – znów Cuzco

Dwanaście godzin snu robi swoje – obudzilismy się super wypoczęci, ale także super głodni. Postanowiliśmy jednak zjeść dopiero w Urubambie, gdzie woda kosztuje jeden sol zamiast pięciu. Pociąg na głodniaka i tak jest super, ale widoki mogą podziwiać tylko ludzie siedzący po prawej stronie :-) Reszta obserwuje skałę, w której wykuta jest trasa.

Po wyjściu z pociągu nie daliśmy się schwytać taksówkarzowi, tylko sprytnie wzięliśmy colectivo do Urubamby. Tym razem jednak przebiliśmy wszystkie limity ilości pasażerów – zamiast dziesięciu -  19 osób i kierowca oczywiście :-)

W Urubambie pani chciała nam wcisnąć menu dla turystów, ale ostentacyjnie wyszłam z nim przed knajpę, żeby porównać ceny i kobieta się przestraszyła, że wyjdziemy. W promocji do ceny miejscowej dodała jeszcze sałatę, a i cola okazała się tańsza :-) Chyba zaczniemy targować się też w restauracjach :-)

W ogóle ceny w Peru są bardzo zróżnicowane. To, co dla lokalsów kosztuje średnio 5 razy mniej niż dla turystów: herbata 1:5 soli, przejazd 3:15 soli itp. Dlatego trzeba szukać lokalnych sposobów, bardzo przydaje się też znajomość hiszpańskiego. Wydaje mi się, że nasz kurs nauki hiszpańskiego nam się zwróci. Na razie nam się udaje stargować ok 30-40% lub dostać cenę dla lokalsów, dlatego spokojnie mieścimy się w budżecie dziennym. W innym razie raczej by nam się nie udało.

Wieczorem, po powrocie do Cuzco – szybkie odwiedziny na dworcu autobusowym – ależ oni się przekrzykują :-) Istny kocioł! Targowanie poszło sprawnie, tym razem -40%. W ogóle staraliśmy się dziś zaprzyjaźnić z Cuzco, trochę je odturyścić :-) Nawet się udało. Byliśmy na meczu koszykówki i na szaszłykach z ulicy. Można też powiedzieć, że zaczęliśmy prowadzić życie nocne :-)

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.