Suwalszczyzna z prawdziwą zimą

Ironia losu to zjawisko czasem zabawne, a czasem wstrętne. Jak potraktować taką pogodę za oknem, w dzień, kiedy trzeba wracać?

Na zdjęciu jedna z moich ulubionych tras na Suwalszczyźnie. Szczególne wrażenie robi wtedy, kiedy się dopiero do tego rejonu przybywa, kiedy nagle oczom ukazuje się wszechobecna przestrzeń i patrzenie w dal staje się możliwe we wszystkich kierunkach. Sama przyjemność!

Suwalszczyzna zimą

To była najgorsza pogoda jaką można sobie wyobrazić na wyjeździe. A już na pewno, jak się jedzie po to, aby zobaczyć prawdziwą śnieżną zimę na polskim biegunie zimna. Roztopy, silny wiatr wiejący całkowicie w poprzek, a do tego ulewny deszcz. Bez przerwy.

W zasadzie można by wracać do domu nie wychodząc z auta. No ale przecież są bliscy, jest przyjemna herbatka, wspólne gotowanie, plotki, sprawy bieżące i wspomnienia… Może by nos wychylić?

Powrót do ogrzewanej rzeczywistości

Na zakończenie naszego pobytu odebraliśmy obiecywane “Jezioro łabędzi”, które w naszym wykonaniu bardziej przypominało kaczy staw :-), a następnie powtórzyliśmy trasę dotarcia – 1 godzina zejścia lub zjazdu saneczkowego, odśnieżanie samochodów, zakładanie łańcuchów, godzina jazdy, niewielkie pchanie auta,  zdejmowanie łańcuchów, kolejne 8 godzin jazdy. Ech, fajnie, fajnie było… jak by tu znów…?

ps.  W domu temperatura w mieszkaniu, obniżana zazwyczaj na wyjazdy, wydawała mi się upałem!

Wersja dzienna i nocna

Po pierwszej rześkiej nocy, gdy dołączyło do nas czworo spóźnialskich, tworzyliśmy już zwartą grupą 11 osób. Ze względu na możliwość ogrzewania jedynie jednej izby, 4 przestronne pokoje z wygodnymi łóżkami świeciły pustkami, a my codzienne przekształcaliśmy naszą przestrzeń na wersję dzienną i nocną zwaną dalej barłogiem:

W związku z powyższym oraz z faktem, że rano temperatura w bargłogu zdecydowanie odbiegała od komfortowej dla człowieka, a do tego różniła się nawet o 10 stopni między poziomem stóp i głowy, siedzenie w miejscu w ogóle nie wchodziło w grę i co rano wystrzelało nas z domku jak z procy. Cudownie pusta przestrzeń dookoła, wspaniałe widoki oraz sanki spełniały wszystkie kryteria dobrej zabawy. Nawet jeśli cały dzień polega na trzech powtarzanych w kółko czynnościach: zjazd, podejście, odpoczynek…


Tam, gdzie zaczyna się zima!

Nie ma to jak na własne życzenie wymrozić sobie tyłek.

Wpadliśmy na genialny pomysł powitania Nowego Roku w miejscu, gdzie nie docierają nawet sanie góralskie. Dotarcie do chaty na pograniczu polsko-słowacko-czeskim zajmuje więcej niż lot do Stanów Zjednoczonych. Najpierw 9h samochodem, potem szukanie ostatniej polanki według współrzędnych GPS, przepakowanie bagaży i godzinę pieszo na szczyt. Po ciemku. Na miejscu -18 st.C na zewnątrz, -2 w domku (w najcieplejszym miejscu), zero ogrzewania i wody. Do tego zasypany śniegiem komin tworzący w domku wędzarnię po rozpaleniu kuchni węglowej. I trzy dni przed nami. Wspaniale!

Mar de nubes

Okazuje się, że listopad może być jednak wyjątkowy. Na Teneryfie zjawisko morza chmur występuje głównie jesienią. Chmury osadzają się w środkowej części wyspy na wysokości ok 1000-1500 m.n.p.m. Słońce świeci zatem głównie na wybrzeżu i na wulkanie. Pecha mają za to Ci, którzy mieszkają w lesie.

Kilka fotek z różnych pór dnia:

Wulkan Teide

Wulkan Teide rządzi. Rządzi wyspą, przyrodą i nawet rządzi turystami. Mimo że ostatni wybuch miał miejsce 101 lat temu, nadal wieje grozą i siarą. Do tego spustoszenie jakie ma tam miejsce jest nie do opisania – wymarłe tereny bez śladu życia, olbrzymie głazy wyrzucone z wnętrza, pustynie pumeksu i gigantyczne języki lawy. Czuć, że się działo…

W całej krasie wulkan zobaczyliśmy dopiero w powrotnej drodze.

Ech, warto, warto.

Wybrzeża

W ciągu dotychczasowego pobytu udało nam się już objechać wyspę dookoła co najmniej raz. Głównie ze względu na dobre drogi umożliwiające łatwiejsze dostanie się na plażę na drugim końcu wyspy niż do sąsiedniej wsi. Wynika to z różnicy poziomów – wyspa posiada płaski okrąg wybrzeża, dalej lesisty wyżynny, a w środku jak jako sadzone – olbrzymi wulkan Teide. Dziś kilka fot z wybrzeża, potem będzie o wulkanie i o chmurach w drodze do niego.

Rural Tenerife

Ech, boczne drogi to jest to! Co prawda trzeba sprawnie wywijać kierownicą i umieć wykonać kopertę pod górę (bez znajomości tego manewru nie ma co w ogóle wypożyczać samochodu), ale w nagrodę można zobaczyć drzewa laurowe, plantacje bananów i być poderwanym przez osła :-)

ps. Wiejski przegląd kulinarny – domowa kanaryjska “pepsi” (wytrawna)  i żeberka z królika.

Vamos a la playa

Dzień w Playa de Las Americas i Los Cristianos. Cóż… trudno się zachwycać tabunami Brytyjczyków, wioskami zabudowanymi hotelami i sztucznymi plażami z piaskiem z Sahary. Ale staraliśmy się, naprawdę. Dostrzegliśmy przyjemność z nadmorskich spacerów i dramatyzm chmur nad Gomerą.

Ale już dosyć. Co tu dużo mówić, jutro bierzemy samochód i jedziemy na zadupie.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.