Tenerife de Sur

Dotarliśmy szczęśliwie choć z przygodami. Ogólnie można to podsumować wnioskiem, że są takie miejsca gdzie rezerwacja noclegu się przydaje :-) Plan na wygodne miejsce do lenistwa z basenem i drinkiem z palemką jednak zrealizowany.

Rozpoczęliśmy też degustację miejscowych specjałów – pieczona sola i lokalne ziemniaczki w mundurkach idealne z sangrią.

 

Motele

Stany słyną z takich mrocznych, zapuszczonych moteli – pokoi połączonych w długie szeregi. Do każdego z nich podjeżdża się samochodem pod same drzwi. Zwykle kojarzą się z filmami drogi, gdzie uciekający przestępca ukrywa się ze swoim zakładnikiem.

Tutaj w przyjemniejszym wydaniu:

Pustynna burza

Zgodnie z zaleceniami przyjzelismy sie blizej cesarskim miastom. Bylismy w Fezie i Meknesie. Moze tak: bylismy krotko wiec, nie dalismy im moze szansy… tloczno, przasnie, ale w jakis sposob klimatycznie. Duzo wiecej mozemy powiedziec o pustyni :-)

Dotarlismy pod granice z Algieria nad ranem i od razu musielismy zbystrzec, zeby wynegocjowac dobra cene i warunki do podboju  Sahary z Berberami. Poszlo niezle i juz po kilku godzinach poznalismy nasze dwa wielblady – Jimi’ego Hendrixa i Boba Marley’a.

Po 2 godzinach jazdy dotarlismy do pierwszego przystanku i okazalo sie, ze juz nie tak bardzo chcielismy wracac na grzbiety wielbladow. Nogi, tylek i plecy to zestaw czesci ciala, ktore na rozne sposoby probuja dac do zrozumienia, ze jezdzenie na wielbladzie nie nalezy do czynnosci naturalnych dla czlowieka z Europy … W odwecie okazalo sie, ze dla czlowieka z Afryki nie jest naturalna czynnoscia granie na gitarze i po malym koncercie Pawel przyswoil chlopcom sztuke uzywania akordow :-)

Nauka gry na gitarze sie przedluzala, bo w miedzy czasie nadeszla pustynna burza, dzieki ktorej piach opanowal cale nasze ubrania i plecaki lacznie z tym, co w srodku zapakowane w worki. Ale widoki bezcenne – piasek przemieszczajacy sie z ogromna szybkoscia, wiatrzysko okrutne i nagle zimno. Rozpogodzilo sie dopiero gby dotarlismy do naszego obozowiska z ‘milion stars hotel’. O poranku chcielismy juz namowic naszych camelman’ow, zeby to oni wsiedli na wielblady, a my je poprowadzimy, ale ostatecznie potrzeslismy sie jeszcze troche.

Wrazenia niezapomniane: przepiekne krajobrazy, przemile towarzystwo i swietna ‘berber whisky’.

ps. Polecam paniom na pustynie stringow nie zabierac. Tylko porzadne bawelniane majtaski!

Am.Pd. – do Puno

Trasa Cuzco-Puno piękna – pustka, malownicze krajobrazy, rzeka, góry, stepy, flamingi… Ach, można odetchnąć od tłumu turystów z Cuzco i Machu Picchu.

Puno okazało się jednak okropne – najgorsze miasto, jakie do tej pory widzieliśmy – brudne śmierdzące, tłoczne, ciasne i mało bezpieczne. A nasz hostel to już wyjątkowa nora. Nawet Paweł chce spać w śpiworze, żeby nie wchodzić pod ichnią pościel :-) Ja to w ogóle nie byłam skora wychodzić ze śpiwora. Jedzenie za to niezłe, ceny w sklepach rozsądne. Czym prędzej zatem kupiliśmy bilety na dwudniowy rejs po jeziorze Titicaca i wróciliśmy do hostelu pilnować plecaków. Jutro na wyspy, a potem zmywamy się stąd. Wieczorem trochę nas czarny humor złapał, robiliśmy sobie foty ze sztucznymi kwiatami w naszym “hostelu” :-)

Hm.. jutro będziemy spać w śpiworach quechua na wyspie, na której mówi się tylko w quechua :-) Jeszcze tylko trzeba przeżyć noc…

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.