Nowe kierunki

No i nowe kierunki konferencyjne zostały ostatecznie zaklepane. Bilety na wschodnią Ukrainę, do Holandii i do Kanady zakupione. Ufal leci do Vancouver pod koniec marca, Asia do Połtawy w maju, a do Hagi w czerwcu. A pomiędzy tymi wyjazdami jest przecież dłuuugi weekend :-) Jakieś pomysły?

USA w jeden dzień

Nie ma to jak polecieć na kolację firmową do Stanów. Dzień pierwszy – lot (z przesiadką 16 godzin, 3 filmy). Dzień drugi – mecz New Jersey Nets i Boston Celtics, a następnie osławiona kolacja, a w zasadzie kilka drinków. Dzień trzeci – lot powrotny (12 godzin). Ufal mówi, że się opłacało – to był dobry mecz.

Skok przez ocean

Ech, po nocy w pięknym hotelu z klimatyzatorem za oknem (uroki hot-wire) przeskoczyliśmy przez ocean i tym samym skończyła się nasza wędrówka po Stanach.

Kraj pokazał nam się z trochę innej strony niż go znaliśmy, bardziej otwarty, bardziej różnorodny, mniej kiczowaty. I jedzenie wbrew pozorom było bardzo dobre (co nie zmienia faktu, ze dziś kupiłam tyle warzyw i owoców, że nie mogłam ich donieść do domu…).

Życie jednak popędziło mocno do przodu, Paweł poszedł dziś jak gdyby nigdy nic do roboty, ja zareklamowałam połamaną walizkę i sprzedałam na allegro przewodnik po USA, no i zakupiliśmy… bilety lotnicze na koncert Pattona do Wrocławia (45zł. za sztukę, polecam promocje LOTu). Jeszcze tylko fotki na wędrownym wrzucimy i posprzątane :-)

Am.Pd. – powroty, czyli gdzie są palmy?

Po umownej nocy w samolocie (w związku ze zmianą czasu “zgubiliśmy” 6h) przylecieliśmy rano wymięci na lotnisko w Paryżu. A tam zimno, leje deszcz, nie ma żadnej palmy i francuski zamiast hiszpańskiego! O rety, gdzie my jesteśmy? Dobrze, że mam czapkę z Peru!

Ach, będziemy bardzo miło wspominać ten wyjazd. Mimo różnych drobnych problemów, nieprzespanych nocy, czasem monotonnego jedzenia (ryż+ziemniaki+bułka) i tak było to niezapomniane 6 tygodni pełne wrażeń, zachwyceń, totalnych zdziwień, pięknych widoków, cudów przyrody, uśmiechniętych ludzi, tanich i cudownie słodkich owoców, kaleczonego hiszpańskiego i niezapomnianych tanecznych rytmów. Ach… już chce się wracać.

Am.Pd. – Ostatnia noc z dreszczykiem

Zapomniałam dodać i zapomniała w ogóle wczoraj wieczorem, że trwa festiwal muzyczny w Valparaiso. Są tłumy przyjezdnych, zespoły muzyczne i taneczne, parady, artyści sprzedający rękodzieło… Generalnie tłoczno, głośno i kolorowo. Ogólnie bardzo pozytywnie poza małym incydentem, który miał miejsce centralnie pod naszymi oknami o 5 nad ranem, kilka godzin po tym, jak wspólnie uznaliśmy, że w Chile już nam się znudziło. Rozegrała się bójka uliczna i mała rozróba z policją. Młodzież rzucała kamieniami z naszego wzgórza w dół, a policja niewiele mogła zrobić, żeby się dostać na górę. Mieszkamy centralnie na zakręcie, więc widok mieliśmy idealny, byliśmy w zasadzie w centrum wydarzeń. Tylko niestety chcieliśmy akurat spać o tej porze! Akcja trwała ok dwie godziny przerywana śpiewami, graniem na bębnach, tańcami i krzykami. To ciekawe doświadczenie sprawiło, że całkowicie zmieniliśmy zdanie o nudnym Chile :-) Ale też cały dzień byliśmy nieprzytomni. Chociaż w sumie nie mieliśmy jakiś wyczerpujących planów – dojechać na lotnisko z mega ciężkimi plecakami i wtaszczyć je do samolotu udając, że nic nie ważą :-) Niektórzy planowali przed spaniem jeszcze pooglądać filmy, pograć w gry i posłuchać muzyki. Ja nie robiłam sobie złudzeń – chciałam tylko zasnąć, żeby się nie bać lotu. Ostatecznie pomogła super głośna muzyka latynoamerykańska – jednak zostałam nią zarażona :-)

Am.Pd. – Lot przez Atlantyk

Podróż długa i dla mnie dość stresująca (żeby zająć czymś głowę i nie denerwować się przyszłą katastrofą lotniczą, przepisałam cały zeszyt do hiszpańskiego, zajęło mi to jakieś 6h). Reszta głównie spała.

Jak przelecieliśmy Atlantyk, pojawiły się na trasie piękne Wyspy Karaibskie, a potem Amazonka i Andy… mm… nawet na chwilę zapomniałam, że mam się bać.

Pod koniec lotu, samolot i wszyscy pasażerowie zostali profilaktycznie zdezynfekowani, a potem po opuszczeniu samolotu przywitano nas w maskach (panika świńskiej grypy :-)

Pani z hostelu czekała na nas na lotnisku, uśmiechnięta z wielkim napisem URSZULA, jakby to jedna Urszula na świecie była :-) W trakcie drogi pierwsze wrażenia – bieda, przestrzeń, głośno, hałas, stare autobusy, klaksony, piękne wybrzeże, wysypisko śmieci zamiast plaży, domy w wiecznym remoncie…

Hostel (Flying Dog) fajny, łóżka wygodne, woda ciepła tylko wieczorem.  Po przepakowaniu się, pochowaniu pieniędzy we wszelkie ukryte kieszonki i skrytki wyszliśmy na spacer po Miraflores. To dzielnica turystyczna i ponoć najbezpieczniejsze miejsce w Limie. Kasę wymieniliśmy na ulicy w przenośnym walutomacie – to taki człowiek oplakietkowany i z licencją, który jest pełni oficjalne usługi wymiany walut. Nie powiem, żeby to było mega bezpieczne, ale jak nie oszukiwał, to miał najlepszy kurs. Przeszliśmy się też nad ocean – główny deptak iście europejski, oświetlony i elegancki. Boczne ulice masakryczne. Ach, no i kolacja była też. Zjedliśmy ostre meksykańskie żarcie, chociaż owoce kusiły…

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.