Biskupin ruski

Bez Biskupina nie mogę żyć. W ubiegłym roku wybrałam treking po kanionie Colca i całą drogę myślałam, czy dymarka zadziałała, czy uwolniono orkę (pradziejową) i jakie tańce mnie minęły…

W tym roku stanęłam na uszach, żeby dotrzeć chociaż na chwilę. A nie było to mega nierozsądne – zostawiłam pracę między 5 a 6 rozdziałem i wybiłam się z rytmu, do którego potem dochodziłam tydzień. Co tam koszty, ważne, że byłam, Polskę z mchu ulepiłam, papier wyczerpałam i przetańczyłam Ruś i nieRuś.

Fort Ticonderoga

Fort Ticonderoga miał wielu właścicieli: francuzów, anglików, kanadyjczyków, amerykanów. Nazwa pochodzi z języka indian.
Mieści bogatą kolekcję “pamiątek” po tych zmianach – bagnetów, muszkietów, szabli. Fajne miejsce historyczne, bardzo ciekawiusytuowane, ale chyba bez porównania z europejskimi zamkami obronnymi.

Łabędzie sentymentalne

Zapomniałam o łabędziach! Łabędzie w Bostonie mają swoje szczególne miejsce. Swan Park. To taki Nałęczów, albo nie, może Ciechocinek w środku wielkiej metropolii. Życie płynie tam leniwie, ludzie snują się od ławki do ławki, a po sztucznym jeziorku przepływają z wolna łódeczki z łabędziem. Swan Park to nie miejsce dla mnie, ale jest w nim coś uroczego, taka leniwa wycieczka w czasie. Nawet pedałujący pan schowany za łabędziem przysypia :-)

Boston

Jest w Bostonie coś, co znam dobrze, a jest coś czego nie widziałam nigdzie do tej pory. Znajome są takie stare domeczki, kościółeczki, kamieniczki ułożone w trasę do zwiedzania. Przeszłam karnie całą ścieżkę (8mil w obie strony) i muszę powiedzieć – już to widziałam. Tłumy turystów walą w tą samą stronę, ba! nawet tą samą stroną ulicy (ścieżkę wyznacza linia namalowana na chodniku), wzdłuż tylko sklepy z pamiątkami, lodziarnie, bary, zorganizowane wycieczki słuchające przebranego przewodnika, przeplatające się języki obce…


To, co również w Bostonie widoczne, to nowoczesność. Taka nowoczesność, w której nikt nie chodzi na piechotę, są olbrzymie auta zaparkowane wzdłuż szklanych wieżowców, a przechodząc chodnikiem czuć powiew klimatyzacji z podziemnych parkingów. Takie wielkie miasto wymarłe… Hm, wymarłe, ale jakie piękne!

Dlatego po odrobieniu lekcji obowiązkowej, zaczęłam zwiedzać naprawdę. Poszłam tam, gdzie są ludzie. Gdzie toczy się życie. I o tym w następnym poście.

O smokach

Ljubljana nazywana jest miastem smoków. W zasadzie legenda mówi, że smok był jeden i do tego został szybko zabity, ale w rzeczywistości smoków w mieście jest mnóstwo: na mostach, na kamienicach, w herbie, na prawie każdej pocztówce…. Można kupić pluszowe smoki, lokalne produkty są sygnowane znaczkiem smoka. Smoki są wszechobecne.

Jednak wszędzie te smoki wyglądają prawie tak samo, ponieważ „wzór lublańskiego smoka” znajduje się na secesyjnym moście o nazwie „Zmajski most”. Poszłam tam więc zobaczyć jak ten wzór wygląda. W zasadzie są to 4 identyczne wzory – każdy w jednym rogu mostu paszczami zwrócone w kierunku miasta. Smoki są ogromne, miedziane, naprawdę wyglądają jak potwory :-)

Jest na nie jednak jeden sposób. Legenda mówi, że jak mostem przechodzi dziewica, to smoki łagodnieją i zaczynają merdać ogonami. Jak się domyślacie, nie zdarza to się zbyt często :-)

jpg-smoki1jpg-smoki-2

 

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.