Powrót do ogrzewanej rzeczywistości

Na zakończenie naszego pobytu odebraliśmy obiecywane “Jezioro łabędzi”, które w naszym wykonaniu bardziej przypominało kaczy staw :-), a następnie powtórzyliśmy trasę dotarcia – 1 godzina zejścia lub zjazdu saneczkowego, odśnieżanie samochodów, zakładanie łańcuchów, godzina jazdy, niewielkie pchanie auta,  zdejmowanie łańcuchów, kolejne 8 godzin jazdy. Ech, fajnie, fajnie było… jak by tu znów…?

ps.  W domu temperatura w mieszkaniu, obniżana zazwyczaj na wyjazdy, wydawała mi się upałem!

Życie codzienne w niecodziennych warunkach

Po czterech dniach funkcjonowania bez wody i ogrzewania mamy się świetnie. Powstało wiele patentów radzenia sobie z zimnem m.in. spanie w 3 parach skarpet, kurtce i czapce, wkładanie nóg do plecaka z gorącą wodą, suszenie skarpet na żywca nad piecem, stosowanie termometrów do lodówek (które za normę uznają 2-6 stopni) i ogólne przebywanie w śpiworze w trakcie wszelkich czynności niewymagających poruszania się.

Panowały też nowe, niestosowane wcześniej zasady np. dzielenia wody na 3 warianty:

  • roztopiony śnieg nieprzegotowany – do mycia
  • roztopiony śnieg przegotowany – do picia i gotowania
  • woda ze studni od Franka (łącznie ok 10litrów na 11 osób) – do mycia zebów

No i kto by sobie pozwolił na lepienie bałwana w domu! Tylko tutaj!

Wersja dzienna i nocna

Po pierwszej rześkiej nocy, gdy dołączyło do nas czworo spóźnialskich, tworzyliśmy już zwartą grupą 11 osób. Ze względu na możliwość ogrzewania jedynie jednej izby, 4 przestronne pokoje z wygodnymi łóżkami świeciły pustkami, a my codzienne przekształcaliśmy naszą przestrzeń na wersję dzienną i nocną zwaną dalej barłogiem:

W związku z powyższym oraz z faktem, że rano temperatura w bargłogu zdecydowanie odbiegała od komfortowej dla człowieka, a do tego różniła się nawet o 10 stopni między poziomem stóp i głowy, siedzenie w miejscu w ogóle nie wchodziło w grę i co rano wystrzelało nas z domku jak z procy. Cudownie pusta przestrzeń dookoła, wspaniałe widoki oraz sanki spełniały wszystkie kryteria dobrej zabawy. Nawet jeśli cały dzień polega na trzech powtarzanych w kółko czynnościach: zjazd, podejście, odpoczynek…


Tam, gdzie zaczyna się zima!

Nie ma to jak na własne życzenie wymrozić sobie tyłek.

Wpadliśmy na genialny pomysł powitania Nowego Roku w miejscu, gdzie nie docierają nawet sanie góralskie. Dotarcie do chaty na pograniczu polsko-słowacko-czeskim zajmuje więcej niż lot do Stanów Zjednoczonych. Najpierw 9h samochodem, potem szukanie ostatniej polanki według współrzędnych GPS, przepakowanie bagaży i godzinę pieszo na szczyt. Po ciemku. Na miejscu -18 st.C na zewnątrz, -2 w domku (w najcieplejszym miejscu), zero ogrzewania i wody. Do tego zasypany śniegiem komin tworzący w domku wędzarnię po rozpaleniu kuchni węglowej. I trzy dni przed nami. Wspaniale!

Góra Waszyngtona

Piękna, monumentalna góra Waszyngtona to chluba New Hampshire i najwyzszy szczyt w Nowej Anglii (ponad 6000 stóp). Prowadzi na nią specjalna droga Mt.Washington Road, przed wjazdem na którą otrzymuje się płytę cd z instrukcjami, jak prowadzić samochód w tak trudnych warunkach! Po udanym wjeździe można też udekorować auto naklejką: This car climbed Mount Washington. Wspaniałe :-)
I mimo, że na szczycie widać głównie chmury, to trasa i przeżycia są rzeczywiście niesamowite, podobnie jak podejście amerykanów do marketingu.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.