Am.Pd. – powroty, czyli gdzie są palmy?

Po umownej nocy w samolocie (w związku ze zmianą czasu “zgubiliśmy” 6h) przylecieliśmy rano wymięci na lotnisko w Paryżu. A tam zimno, leje deszcz, nie ma żadnej palmy i francuski zamiast hiszpańskiego! O rety, gdzie my jesteśmy? Dobrze, że mam czapkę z Peru!

Ach, będziemy bardzo miło wspominać ten wyjazd. Mimo różnych drobnych problemów, nieprzespanych nocy, czasem monotonnego jedzenia (ryż+ziemniaki+bułka) i tak było to niezapomniane 6 tygodni pełne wrażeń, zachwyceń, totalnych zdziwień, pięknych widoków, cudów przyrody, uśmiechniętych ludzi, tanich i cudownie słodkich owoców, kaleczonego hiszpańskiego i niezapomnianych tanecznych rytmów. Ach… już chce się wracać.

Am.Pd. – Santiago de Chile

Cały dzień spędziliśmy w Santiago. Byliśmy tu wcześniej przejazdem i miasto nie zrobiło na nas specjalnego wrażenia. Tym razem było podobnie. Niebo nad stolicą prawie zawsze pokryte jest grubą warstwą białych chmur (smog), także piękne położenie miasta (między górami) jest zupełnie niewidoczne. Do tego ta brudna i śmierdząca rzeka Mapocho. Nic dziwnego, że jedną z jej odnóg zasypali – nigdy nie widziałam tak śmierdzącej, mętnej i pełnej śmieci rzeki!

Nie można jednak odmówić miastu miejsc z klimatem jak dzielnica artystyczna Bellavista, Cerro de Lucia czy Plaza de Armes z powolnymi rozgrywkami szachowymi.

W związku z jutrzejszym wyjazdem wieczorem urządziliśmy wielkie pakowanie. Nasze lekkie plecaczki zamieniły się w wielkie wypchane wory z wszelkie maści pamiątkami i rękodziełem, a także z rocznym zapasem yerba mate i chilijskich win. Po godzinie upychania wszystkiego zastanawiałam się czy przejdziemy przez limit bagażowy.

Ech, niestety pora wracać… Ogólnie mamy takie  odczucie, że w Chile jest trochę nudno i można by stąd już wyjechać, ale nie do domu :-) Na przykład do Boliwii albo dalej na północ. Ach, ciężko będzie się pozbierać po powrocie. Trochę rozmawialiśmy o kolejnych wyjazdach. Nie dziwię się, że jak ktoś zasmakuje takich długich podróży, to potem odlicza dni do następnego wyjazdu :-) Na naszą następną podróż już zbieramy kasę (z wstępnych rozrachunków trochę zostanie po powrocie) i generalnie jedziemy dalej!

Am.Pd. – Metrem do parku narodowego

Valparaiso oprócz swoich wszystkich niezwykłości ma też wspaniałą komunikację z Parkiem Narodowym La Campana. Wystarczy wsiąść do metra na godzinkę, żeby wysiąść na skraju parku. Potem jednak do bramy wejściowej czeka jeszcze 20 minut przejażdżki colectivo i 20 na piechotę. Przyjechaliśmy do parku za kuszącą zapowiedzią o niezwykłych lasach palmowych. Przed bramą okazało się jednak, że aby zobaczyć unikalne palmy chilijskie trzeba było pojechać do innej bramy parku w innym mieście… Czyli kolejne 20 minut na piechotę, 20 minut colectivo, przesiadka do nowego colectivo i niestety dalej 8km na piechotę. A to nie brzmiało już jak “łatwy i szybki dojazd z Valparaiso”. Zdecydowaliśmy się zatem olać las palmy chilijskiej i ruszyć trasą dostępną od tej strony parku. Zapowiedź brzmiała równie imponująco. W trakcie  całkiem przyjemnego trekkingu (3,5h w górę i 2,5 na dół)  zobaczyliśmy teren kopalni górskich, kilka potężnych kaktusów kolumnowych, sto pięćdziesiąt jaszczurek (w tym piękne seledynowo-niebieskie)  i kilka oznak zbliżające się wiosny. Nic tylko podsumować to wieczorną yerba mate.

Am.Pd. – Viña del Mar

Viña del Mar nie jest taka zła. Zapowiadali chilijski Sopot. Wydawało mi się, że czeka nas dzień w luksusowym i snobistycznym kurorcie pełnym hoteli nad brzegiem morza.  Spotkało nas przyjemne, zielone miasto, z palmami, licznymi ławeczkami, z deptakami i super plażami (w porównaniu z tymi w Valpo). Pochodziliśmy trochę po okolicznym parku, byliśmy w muzeum archeologicznym i historii naturalnej Francisca Foncka, tak, to tam, gdzie można zobaczyć to dwugłowe jagnię :-) Przed muzeum stoi jedna z 900 rzeźb z Wyspy Wielkanocnej, która skutecznie przypominała mi, że musieliśmy zrezygnować z zobaczenia pozostałych…

Reszta dnia nad oceanem. Najpierw ganiałam za falami w ubraniu, ale potem widok kąpiących się ludzi i piękna pogoda (dziś 27 st.C) zachęcała do kąpieli. Niestety nie było już czasu przed zmrokiem, żeby wrócić do Valpo po strój kąpielowy, w związku z czym kupiłam na pręce ręcznik samochodowy (do polerowania karoserii) oraz majtki a’la kąpielówki. Po powrocie z zakupów woda okazała się przeraźliwie zimna, fale wysokie i niezwykle silne (wciągały mnie i wypychały na zmianę). Ale to jest mój sport! Pływanie na falach jest wciągające – mimo przeraźliwego zimna nie mogłam wyjść z wody :-) Czuję, że serfowanie to będzie moje hobby :-)

Am.Pd. – Valpo handlowe, Valpo artystyczne

Valparaiso to totalna mieszanka wszystkiego. Nie tylko kolorów, o których pisałam wczoraj. To największe miasto portowe na zachodnim wybrzeżu Ameryki Południowej, a jednocześnie miasto z klimatem – wylęgarnia młodych talentów i sceny alternatywnej.

Gigantyczny port ciągnie się kilometrami, tylko czasami przecinany jest niewielkimi plażami. Ale wiadomo, plaża to plaża, nieważne że między kontenerami. Port widać z każdej prawie kolejki, z każdego wzgórza czy punktu widokowego. Skutecznie psuje krajobraz :-) Choć jednocześnie z daleka wygląda jak kolorowa mozaika  niewielkich domków.

Dużo ciekawsze jest Valpo artystyczne – miasto pełne jest rękodzielników, muzyków,  artystów, malarzy, fotografików, poetów… Jest także oazą graffiti i murali. Jednocześnie prezentuje wyraziste poglądy, nonkonformizm i indywidualizm. Mnie to przekonuje! W zasadzie każdą wolną chwilę mogłabym spędzić dumając nad kolejnymi rysunkami na ścianach, słuchając grajków ulicznych (akurat trwa festiwal studencki) albo przymierzając ręcznie szyte odlotowe ubrania. Nie ukrywam, że związku z nadwyżkami budżetowymi, to stąd przywiozę większość pamiątek. Hm, żeby tylko odblokowali nam z konta te setki tysięcy pesos, które “zgarnął” zepsuty bankomat. W innym wypadku rezerwa znajdzie swoje ujście gdzie indziej :-)

Am.Pd. – Valparaiso

Po długiej jeździe autobusem i długim szukaniu mieszkania w mieście, jakoś nie chciało nam się podchodzić pod kolejne wzgórze. Zatrzymaliśmy się, żeby odpocząć i w zasięgu naszego wzroku zauważyliśmy kolejny guesthouse. Coś nas tknęło, żeby zapytać o cenę. Jak kobieta zobaczyła, że jest nas czworo, to od razu zaproponowała osobne mieszkanie, a my od razu wiedzieliśmy, że bardzo jej zależy, bo tylko czterem osobom może je wynająć. W ten sposób w Valparaiso zamieszkaliśmy w tanim dwupoziomowym studio.

Jak podaje każdy szanujący się przewodnik, należy rozpocząć zwiedzanie Valparaiso od zgromadzenia energii na zwiedzanie kolejnych wzgórz. Kolorowe dzielnice miasta usytuowane są bowiem na wielu wzniesieniach, z których rozpościera się piękny widok na ocean. W knajpie trafiliśmy na świetny set – zupka jarzynowa, ryba z ryżem, sok i kawa. W ogóle instytucja zestawów obiadowych bardzo mi w Chile odpowiada – restauracja przygotowuje 2-3 zestawy, zawsze świeże i co najmniej połowę tańsze niż dania z karty. Dzięki temu oni nie muszą się namęczyć z przyrządzaniem, a my nie musimy długo czekać. Ostatecznie wszyscy są zadowoleni :-) Dlaczego u nas do tego jeszcze nie doszli? Tylko na uczelni czasem można uraczyć “zupę dnia” i to też nie jestem pewna czy jest najświeższa.

Po obiedzie skierowaliśmy się  stronę wzgórza Bellavista i tam poznaliśmy największa atrakcję miasta – ruchome kolejki, które trzęsąc się niemiłosiernie i klekocząc przy tym, jakby miała się za chwilę rozsypać na kawałki, wwożą mieszkańców do wyżej położonych części miasta. Takich kolejek w Valpo jest kilkanaście, część z nich to windy, do których dochodzi się tunelami i mostkami, a część to kolejki poruszające się po równi pochyłej. Niektóre to istne cuda myśli inżynieryjnej XIX w. Czuję, że ich poznawanie będzie moim nowym hobby.

Na wzgórzu Bellavista obejrzeliśmy dom Pablo Nerudy (La Sebastiana), który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Ogromny 5-cio piętrowy budynek ze wszystkimi oknami wychodzącymi na ocean, z niebagatelnymi przedmiotami, meblami i obrazami. Całość urządzona lekko, pomysłowo i wygodnie. Nie trudno uwierzyć, że żyło się tam nobliście bardzo komfortowo, chętnie przybywali tam ludzie, a jednocześnie dom inspirował do pracy. Ilość okien i ilość budynków, które przez te okna widać sprawia, że czułam się tak jakbym podglądała życie miasta i jego mieszkańców. Wokół domu Nerudy jest kilka niewielkich piętrowych ogrodów i duży taras. Z daleka La Sebastiana idealnie wtapia sie w otoczenie i wygląda jak kilka mniejszych, różnokolorowych domków. Całe wzgórze jest dość kolorowe i przyjazne.

Dzień podsumowaliśmy nowozakupioną grą uno (takie nasze makao). Myślę, że to będzie hit sezonu :-)

Am.Pd. – wyspiarskie klimaty

Pora na powroty – póki co nie wracamy do Polski, a jedynie wracamy z najdalej wysuniętego na południe punktu naszej podróży. Nie mogliśmy jechać dalej ze względu na porę roku. Ziemia Ogniska pozostanie na kolejny raz. Ostatni tydzień naszej podróży chcieliśmy spędzić w centralnym Chile.  Czekała nas zatem jeszcze jedna długa trasa na Panamericanie: Castro – Puerto Montt – Valparaiso.

W trakcie przesiadki w Puerto Montt spragnieni pamiątek, szukaliśmy w okolicy feria artesenal i włóczyliśmy się  po mieście wybierając knajpę rybną po zapachu. To podobno najlepszy sposób, nigdy się nie zawiedliśmy :-)

Am.Pd. – nosi nas!

Przyzwyczajeni do intensywnego tempa podróży, cieszyliśmy się na te kilka leniwych dni na Chiloé. Ale  dziś już nas nosi. Rano chcieliśmy jechać do Valparaiso, ale nie ogarnęliśmy się w porę. Dlatego postanowiliśmy zajrzeć do Dalcahue na targ rękodzieła. Niestety impreza zdecydowanie przereklamowana, raczej stadion dziesięciolecia niż targ rzemiosła. Chociaż charakterystyczne ubrania z grubo tkanej wełny lamy bardzo mi się podobały.

Drugim powodem, dla którego zostaliśmy na jeszcze jeden dzień była potrzeba dosuszenia ubrań po licznych ulewach, które nas złapały. Żeby jednak wysuszyć ubrania, trzeba najpierw wysuszyć drewno :-) Nie powiem, ma to swój urok :-) Podobnie jak miła gra, jaką prowadzimy z naszą gospodynią. Codziennie przy drzwiach zostawia nam przed drzwiami kubełek z drewnem do pieca. Niestety jest go za mało na cały dzień, dlatego każdego wieczora przychodzi z jeszcze kilkoma deseczkami, a skoro już jest, to przy okazji bierze kasę za wynajem :-)

Am.Pd. – Park Narodowy Chiloe

Dzień oceaniczny. Bardziej dziko i bardziej na zachód już się nie da. Byliśmy w Parku Narodowym Chiloe, żeby zobaczyć ogromne plaże oceaniczne, wydmy Cucao i ścieżkę El Tepual. Wrażenia świetne, tym bardziej, że cały dzień świeciło słońce.

Aby dostać się do tej niedostępnej części wyspy, trzeba jechać autobusem (jeden dziennie), a potem przejść kilkukilometrową ścieżką przez wydmy. Ścieżka ze względu na porę roku okazała się być nieco podmokła.

Dalej, za wydmami, powinna ukazać się plaża, która okazuje się być MEGA SZEROKĄ PLAŻĄ! Tak szeroką, że na horyzoncie ledwo majaczy ocean :-)

Przemierzając plażę idziemy pod prąd wiatrom i piaskom celującym prosto w nas. Aż widać przemieszczające się fale piasku. My ledwo szliśmy, a na krabach, przechadzających się po plaży, nie robiło to żadnego wrażenia. Ocean Spokojny jest przepotężny, widać jego moc i możliwości.

Jak już urwało nam uszy i przemroziło nas do kości, to ruszyliśmy w poszukiwaniu ścieżki el Tepual. Wrażenia świetne! To taka mała dżungla wyrastająca nagle pośrodku pola niewielkich krzaczków. Wielkie drzewa, liany, cynamonowce, mchy… Rośliny wspinają się po sobie nawzajem, przeciskają się w poszukiwania światła. Całość wygląda jakby przyroda zatrzymała się na chwilę na nasz widok, a na co dzień rwała tam walka o światło i przestrzeń. Fajne wrażenia :-)

Wieczorem przy obiecanej rybie rozmawialiśmy o naszych planach na ten rok i pasjach w ogóle. Podróż rozwija takie poczucie, że wszystko jest w zasięgu ręki :-) Zrobiliśmy podsumowanie listy rzeczy, które zabraliśmy ze sobą i odkryliśmy, że od ponad miesiąca wozimy rummikuba i pora w niego zagrać :-) Nasza sytuacja finansowa wygląda nieźle. Na co dzień mieścimy się w budżecie chilijskim (według Lonely Planet to 40$) , więc jest szansa na trochę pamiątek :-)

Am.Pd. – na Chiloe

Leniwy dzień. Spaliśmy do 9 (luksus), a potem ruszyliśmy do Chonchi. To niby 3-piętrowe miasto, ale nie znaleźliśmy tam żadnych pięter, w ogóle nie znaleźliśmy zupełnie nic.

W związku z tym zawróciliśmy do Ancud, gdzie ruszyliśmy na poszukiwania stworów z Chiloe (szczególnie bogini mórz Pincoyi i strażnika jaskiń Invunche). Przeszliśmy się także nabrzeżem, pozaglądaliśmy do drewnianych okienek, spotkaliśmy najaraną młodzież (to domena każdej mieściny na wyspie). Bez szaleństw, ale bardzo przyjemnie.

Wieczorem nie chciało nam się gotować i postanowiliśmy zastukać do maleńkiej knajpki obok naszej chałupki. Weszliśmy jak już zamykali, ale jak wiadomo uśmiech otwiera wszystkie drzwi. Dostaliśmy się od kuchni i zaproponowano nam to, co zostało – kurczaka z frytkami i empanadę. Planowaliśmy rybę, ale cóż. Jak ktoś za nas ugotował, to nie ma co wybrzydzać :-) Ogólnie smaczne domowe jedzonko, ale dużo przyjemniejsza była atmosfera, bowiem po kilku minutach dosiadł się do nas gospodarz pod pretekstem porozmawiania o swoim domowym winie. Za chwilę przyszła gospodyni i też jak gdyby nigdy nic dołączyła się z czterema porcjami.  I tak siedzieliśmy sobie we czwórkę dojadaliśmy to, co zostało po całym dniu. Rozmawialiśmy o papieżu Janie Pawle II (gospodarz był delegatem z Chiloe, gdy papież wizytował w Chile kilka lat temu), żaliliśmy się na deszcz na Chiloe (pani twierdziła, ze pada ponad 320 dni w roku!) i trudnościach w zrozumieniu hiszpańskiego z wysp (bardzo szeleszczą). Jutro pani zaprosiła nas na salmona. Idziemy :-)

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.