Ocean i basseball na pożegnanie

Żeby się trochę napowietrzyć przed powrotem do Bostonu, a potem do domu,  zajrzeliśmy na Rhone Island. Piękne plaże, świetne fale do surfingu, koszykówka nad oceanem  i oczywiście tłumy urlopowiczów. Ach, no i  wreszcie był czas na pierwsze i ostatnie opalanie :-)



A wieczorem mecz baseball’a. Pierwsze dwie rundy poznawaliśmy zasady gry na diamentowym polu. Dalsze już byliśmy najwierniejszymi fanami red sox’ów :-) Let’s go red sox! Muszę przyznać, że rozgrywka nie jest porywająca, cała rywalizacja rozgrywa się między miotaczem a pałkarzem, ale napięcie rośnie w miarę rozgrywania kolejnych serii. Pod koniec gry już byliśmy nieźle wciągnięci :-)

To, co mi się podobało, to klimat, jaki panował na widowni. Trochę jak na naszych meczach siatkówki, rodzinna atmosfera, śpiewy, bardzo dużo maleńkich dzieci, wszyscy przebrani.

No i wygraliśmy 3:2!





Łabędzie sentymentalne

Zapomniałam o łabędziach! Łabędzie w Bostonie mają swoje szczególne miejsce. Swan Park. To taki Nałęczów, albo nie, może Ciechocinek w środku wielkiej metropolii. Życie płynie tam leniwie, ludzie snują się od ławki do ławki, a po sztucznym jeziorku przepływają z wolna łódeczki z łabędziem. Swan Park to nie miejsce dla mnie, ale jest w nim coś uroczego, taka leniwa wycieczka w czasie. Nawet pedałujący pan schowany za łabędziem przysypia :-)

Baseball nieznany

Stadion baseballowy to dla europejczyka atrakcja. A legendarny stadion Fenway Park  to dla kibiców Red Sox po prostu świątynia! Słynny stuletni stadion mistrzowskiej drużyny, zielone siedzenia (green monster), sausageguy ten sam od 20 lat, boisko w kształcie kilku spodków do herbaty połączanych liniami, no i tajemnicze zasady gry, których nikt nie kuma :-)

Muszę przyznać, że udzieliła nam się atmosfera kibica, postanowiliśmy przymierzyć prawdziwe baseballowe czapeczki, rozkminić zasady gry  i obejrzeć za tydzień mecz Boston Red Sox – Baltimore Orioles.

Whole lobster please!

Być nad oceanem i nie spróbować lokalnych przysmaków, to trochę wstyd. No, to nawet wielki wstyd, szczególnie jeśli reszta zamawia chrupiące krewetki, pachnące kalmary i mule w pysznym maślanym sosie. Paweł i Przemek wzięli to sobie mocno do serca – jak już jeść owoce morza, to homara! Jak już homara, to całego!!!

Dostali więc olbrzymie skorypiaki, instrukcje na karteczce, szczypce i śliniaki (potem okazało się, że zamiast śliniaka przydałby się raczej prysznic). Na szczęście przy stole mieliśmy jednego amerykanina, który kiedyś widział, jak ktoś jadł homara :-) Po dłuższej walce przyszedł też kelner z pomocą :-)

Generalnie owoce morza były wspaniałe, homar także chociaż następnym razem trzeba wybrać sprawionego :-) Wszystko cudownie świeże i pachnące. Więc kto twierdzi, że Stany to kraj hamburgerów – zapraszamy do Bostonu na homara po amerykańsku :-)

Ludzie w Bostonie

Ludzie w Bostonie podobają mi się najbardziej. Spotkałam ich w parkach, na ulicy, w McDonaldzie, w outletach… Spędziłam cały dzień włócząc się bez celu, karmiąc kaczki, gadając ze starszymi paniami o wychowaniu dzisiejszej młodzieży… To ludzie zdradzają jakie to miasto, jak się w nim żyje, czego się słucha, w co się bawi. Tam, gdzie są ludzie, Boston jest kolorowy, różnorodny, wesoły. To naprawdę świetne miasto, które doceniłam dopiero jak zeszłam z “Freedom trail” i z mojego zagłębia hotelowego. Naprawdę świetnie :-)


Boston

Jest w Bostonie coś, co znam dobrze, a jest coś czego nie widziałam nigdzie do tej pory. Znajome są takie stare domeczki, kościółeczki, kamieniczki ułożone w trasę do zwiedzania. Przeszłam karnie całą ścieżkę (8mil w obie strony) i muszę powiedzieć – już to widziałam. Tłumy turystów walą w tą samą stronę, ba! nawet tą samą stroną ulicy (ścieżkę wyznacza linia namalowana na chodniku), wzdłuż tylko sklepy z pamiątkami, lodziarnie, bary, zorganizowane wycieczki słuchające przebranego przewodnika, przeplatające się języki obce…


To, co również w Bostonie widoczne, to nowoczesność. Taka nowoczesność, w której nikt nie chodzi na piechotę, są olbrzymie auta zaparkowane wzdłuż szklanych wieżowców, a przechodząc chodnikiem czuć powiew klimatyzacji z podziemnych parkingów. Takie wielkie miasto wymarłe… Hm, wymarłe, ale jakie piękne!

Dlatego po odrobieniu lekcji obowiązkowej, zaczęłam zwiedzać naprawdę. Poszłam tam, gdzie są ludzie. Gdzie toczy się życie. I o tym w następnym poście.

Dotarliśmy

Paweł wcześniej, a ja później, ale już jesteśmy w Bostonie. Miasto piękne, z potężnymi budowlami,ogromne samochody, światła miasta… Czyli wszystko wedle oczekiwań. Tylko widok na panoramę miasta to coś zupełnie ekstra :-)

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.