Gdzie kiedyś zamieszkam

Już kiedyś pisałam o tym, że są takie miejsca na świecie, w których mogłabym mieszkać i czułabym się wspaniale na co dzień. W Gdyni jest taki jeden dom. Za każdym razem jak go widzę zastanawiam się czy daliby mi kredyt w banku. Cena odstrasza, ale nie ma chyba jednak aż tylu chętnych, bo willa, mimo iż przedwojenna i o zachęcającej nazwie “Szczęść Boże”, stoi pusta od lat.

Póki co, oprócz pomysłu wtargnięcia na survival w śpiworze puchowym, rozsądne wydaje się jedynie zajrzeć dwie przecznice dalej i czerpać z mądrości na murach:

Gdynia: standardowo – niestandardowo

Przy każdym pobycie w Gdyni mamy dwa żelazne punkty do zrealizowania – zjeść rybę i zobaczyć morze. Reszta czasu jest niewiadomą. Co tu kryć bywa na kanapie, ale bywa też ambitnie. Tym razem nawet temat ryb został potraktowany ambitnie i połączony wizytą w miejskich halach targowych, które są zabytkiem gdyńskiego konstruktywizmu z lat 30-tych. Mmm… rośnie apetyt!


Nowy Jork

Nie wiem jak opisać Nowy Jork… jest przeogromny i różnorodny! To moje pierwsze wrażenie. To takie miasto, które jest jakby znajome, ale jednak zupełnie wyjątkowe. To centrum świata. Jest tu wszystko, ludzie ciągną do NYC z całego świata. Nie mogłabym tu mieszkać (tak jak w Barcelonie), ale najbardziej mi się podobało z odwiedzonych do tej pory metropolii. I to nie ze względu na architekturę,  ale jakieś takie dziwne kłucie w boku :-) Jest w nim jakiś magnes.

Am.Pd. – pierwsze wrażenia z Chiloé

Od rana w autokarze. Jedziemy na wyspę Chiloé – poznać legendy i mity Chile. Jedziemy cały dzień – najpierw do Puerto Montt, potem promem do Ancud, dalej do Castro.

Trasy autokarowe coraz bardziej nam się dłużą – ile można czytać o historii Chile czy atrakcjach kulinarnych na Chiloé? Ufal skończył “Putina”, więc teraz Leszek go przechwycił. Ula czyta “Pałkiewicza” po nas, ja zaczęłam przegląd płyt na mp3 dopóki wystarczy baterii w komórce. Trochę jeszcze przeżywamy wczorajszy wulkan.

Do Castro (stolicy wyspy) docieramy późnym popołudniem, ale skoro jest jeszcze widno, idziemy  zobaczyć tradycyjne domy na palach (palafitos). W trakcie odpływu stoją w środku mielizny, jakby czekały na powódź.


Miasteczko ma bardzo dużo uroku, domki drewniane, kryte gontem, niektóre pokryte kolorową blachą falistą. Domy w stylu rodziny Adamsów i kościół wyglądający jak kartonowy model. Zresztą kościół w środku jest piękny, cały pokryty drewnem z prostymi i szczerymi modlitwami na ścianie i wystrojonymi madonnami. Bardzo przyjemne miejsce, takie prawdziwe z prawdziwą wiarą.

Na razie problem z Chiloé jest jeden – pada częściej niż raz na godzinę i wieczorem jest przeraźliwie zimno. Nie pomaga nawet kominek. Póki co dogrzewamy się gorącym winem. Zobaczymy rano, komu palce odmroziło…

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.