Najpiękniejsza magnolia w stolicy

Uwielbiam park ursynowski, w którym mieści się Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego. Jak tylko mam chwilę, staram się zaparkować samochód daleko od głównego wejścia, żeby chociaż dwa razy dziennie krótko przespacerować się alejkami parkowymi. Najczęściej przechodzę wtedy koło pewnego drzewa. Drzewa, które przez większą część roku wygląda niespecjalnie – łyse od strony budynku, pokrzywione, karłowate, a do tego słabo oświetlone. Zupełnie nieinteresujące. Do czasu, kiedy nastanie TEN DZIEŃ. Ten dzień to dzień, w którym magnolia kwitnie i staje się najpiękniejszym drzewem w Warszawie. Na gałęziach pojawia się mnóstwo ogromnych kwiatów w kolorze blado-różowym. Karłowate gałązki nagle nabierają orientalnego charakteru. Całość wygląda wspaniale tym bardziej, że drzewo jest imponujących rozmiarów. Bez wątpienia magnolia staje się wtedy królową parku. Odwiedzają ją liczni turyści, studenci, odbywają się tu nawet warsztaty fotograficzne. W sumie wcale mnie to nie dziwi.

IMG_4063

IMG_4102

IMG_4114

Kampinoski Park Narodowy

W dniu, kiedy cała Polska trzepie dywany i piecze mazurki, postanowiliśmy uciec od przygotowań i złapać trochę kondycji przed wyjazdem rowerowym na Ukrainę.

Wybór padł na Kampinoski Park Narodowy. Ola przygotowała trasę (Dąbrowa Leśna – Laski – Lipków – Zaborów Leśny – Roztoka – Wiersze – Na Miny – Dąbrowa Leśna)  i z samego rana ruszyliśmy w pierwszą dłuższą trasę w tym sezonie.  Dodatkowo bardzo zróżnicowaną. Początkowo wiodła piaskami wzdłuż zabudowań, potem przez tereny podmokłe, gdzie często musieliśmy przedzierać się przez bajora i błoto. Te niedogodności wynagradzały nam jednak pola zawilców i kaczeńce unoszące się na powierzchni rzęsy wodnej (nazwanej przez nas roboczo zupą ogórkową).

Do Roztoki prowadził piękny, szeroki trakt leśny na końcu nieco pagórkowaty. Wydmy skutecznie nas jednak zmordowały, dlatego chętnie spróbowaliśmy lokalnych przysmaków, po czym rozdzieliliśmy się z Olą i Maćkiem. Oni popędzili do Wilkowa, a my staraliśmy się wrócić na parking do Dąbrowy, co nie było proste, bo sił jednak ubywało, a nie przybywało. W międzyczasie nieco pomieszaliśmy drogę, ale z pomocą przyszedł rowerzysta, który znał Kampinos pewnie lepiej niż pracownicy parku. Pomachał rękami, ocenił nasze siły i skierował nas w stronę Palmir. Zdążyliśmy jednak przejechać kilometr i zorientowaliśmy się, że jego propozycja wiedzie wzdłuż drogi szybkiego ruchu. Odczekaliśmy chwilę i zawróciliśmy :-)

Potem na szczęście nie było szans na zgubienie się, a zwiększająca się ilość turystów utwierdzała nas w przekonaniu, że zbliżamy się do parkingu. Może i dobrze, bo końcówkę jechaliśmy już ostatkiem sił odliczając każdy kilometr. Po 47km minęliśmy bramę parku i od razu poczuliśmy taki głód, że wszystko inne musiało poczekać :-)

Nad morzem ryba… nie najlepsza

Kto by pomyślał, że ryba prosto z kutra spływającego na naszych oczach z połowów może być nieświeża. A jednak.

Godz. 13:00. Pora przedobiadowa. Rozmawiamy o spaghetti i  spacerujemy w kierunku klifów orłowskich, a w zasadzie przepychamy wózek przez tony piachu i resztki śniegu. Nagle ktoś z nas zauważa kuter spływający do portu. I od razu myśl – co tam spaghetti, skoro możemy zjeść najświeższą rybę, jaka istnieje! Zawracamy natychmiast, ale zanim dopychamy wózek z powrotem zrobi się już solidna kolejka osób, na których spłynęło podobne olśnienie. Stoimy niecierpliwie, patrzymy na ściąganie kutra, zastanawiamy się jakie ryby dziś mają, czy dla nas wystarczy, jak je przyrządzimy… W tym czasie Gośce przypomina się, że wujek, rodzinny specjalista od ryb, często kupuje od rybaków i może poleci nam najlepszy gatunek na tą porę roku. Dzwonimy. Wujek wypytuje o wygląd rybaka – Gocha zaskoczona opowiada …niewysoki, grubawy, z wąsem, takie ma ogrodniczki zielone, jakąś kurtkę, rybak jak rybak… Wujek się rozłącza. I po minucie zaskoczeni widzimy, jak rybak, ciągnący jedną ręką linę do mocowania kutra, drugą ręką szuka w kieszeni komórki :-)

Chwilę rozmawiają, po czym wujek oddzwania i każe nam wyjść z kolejki. Co za pomysł! Nie po to zrezygnowaliśmy ze spaceru, żeby jeszcze zrezygnować z ryby! No, ale wujek stanowczo komunikuje – dziś ryby nie zjecie! Ostatecznie wychodzimy z kolejki i z niecierpliwością czekamy na uzasadnienie.

Okazuje się, że panowie rybacy sieci zarzucili już 5 dni temu, ale nie mieli czasu wyciągnąć ryb z morza! Ryby pościskane, część z nich przyduszona, nie wiadomo czy nadal żywa,  nie są najświeższym towarem. My to już wiemy, ale cała kolejka była zachwycona okolicznościami zakupu. Ciekawe czy rybą także?


ps. Spaghetti Tomasza smakowało wspaniale. Na wszelki wypadek przyrządzone bez mięsa.

Kolosy w Gdyni

Nasz pobyt w Gdyni był powiązany z Kolosami – festiwalem slajdowisk i filmów podróżniczych. Przez trzy dni napatrzyliśmy się na kilkadziesiąt relacji z wypraw tych krótkich, i tych wieloletnich, wyjazdów alpinistycznych, rowerowych, nurkowych, jaskiniowych… Największe wrażenie zrobił na nas film Piotrka Mitko o Islandii. Można się zainspirować! W zasadzie po tych slajdach jestem w stanie rzucić wszystko, dziś się spakować i jutro jechać.

W przerwach festiwalu próbowaliśmy znaleźć trochę czasu na nadrobienie zaległości towarzyskich, umówiliśmy się na seans w żelaznych wannach w Ocyplu i wpadliśmy na chwilę nad morze. A nad polskim morzem niczym na końcu świata – morze przegania zimę. Prawie jak na Islandii, Grenlandii, a może Arktyce…

Suwalszczyzna z prawdziwą zimą

Ironia losu to zjawisko czasem zabawne, a czasem wstrętne. Jak potraktować taką pogodę za oknem, w dzień, kiedy trzeba wracać?

Na zdjęciu jedna z moich ulubionych tras na Suwalszczyźnie. Szczególne wrażenie robi wtedy, kiedy się dopiero do tego rejonu przybywa, kiedy nagle oczom ukazuje się wszechobecna przestrzeń i patrzenie w dal staje się możliwe we wszystkich kierunkach. Sama przyjemność!

W planie stodoła

W związku ze stale beznadziejną pogodą i słabym programem TV, zostałam matką zastępczą czworga tygodniowych prosiąt, które co 2 godziny wymagają karmienia ciepłym mleczkiem i wygrzewania pod żarówką. Tyle że jak już się wejdzie do obory, to kto żyw pragnie uwagi i miłości… I patrzy tymi ślepiami, i łasi się, i robi te suwalskie podskoki…

Po każdej takiej pachnące sesji przyjaźni miałam bezwzględny zakaz przebywania w towarzystwie innych osób.  Nie mówiąc już o wchodzeniu w kurtce i butach roboczych do auta…

Suwalszczyzna zimą

To była najgorsza pogoda jaką można sobie wyobrazić na wyjeździe. A już na pewno, jak się jedzie po to, aby zobaczyć prawdziwą śnieżną zimę na polskim biegunie zimna. Roztopy, silny wiatr wiejący całkowicie w poprzek, a do tego ulewny deszcz. Bez przerwy.

W zasadzie można by wracać do domu nie wychodząc z auta. No ale przecież są bliscy, jest przyjemna herbatka, wspólne gotowanie, plotki, sprawy bieżące i wspomnienia… Może by nos wychylić?

Jak się obchodzi systematycznie św. Basketego…

…to się wygrywa z każdym! Brawo Romki!

Gdzie kiedyś zamieszkam

Już kiedyś pisałam o tym, że są takie miejsca na świecie, w których mogłabym mieszkać i czułabym się wspaniale na co dzień. W Gdyni jest taki jeden dom. Za każdym razem jak go widzę zastanawiam się czy daliby mi kredyt w banku. Cena odstrasza, ale nie ma chyba jednak aż tylu chętnych, bo willa, mimo iż przedwojenna i o zachęcającej nazwie “Szczęść Boże”, stoi pusta od lat.

Póki co, oprócz pomysłu wtargnięcia na survival w śpiworze puchowym, rozsądne wydaje się jedynie zajrzeć dwie przecznice dalej i czerpać z mądrości na murach:

Gdynia: standardowo – niestandardowo

Przy każdym pobycie w Gdyni mamy dwa żelazne punkty do zrealizowania – zjeść rybę i zobaczyć morze. Reszta czasu jest niewiadomą. Co tu kryć bywa na kanapie, ale bywa też ambitnie. Tym razem nawet temat ryb został potraktowany ambitnie i połączony wizytą w miejskich halach targowych, które są zabytkiem gdyńskiego konstruktywizmu z lat 30-tych. Mmm… rośnie apetyt!


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.