Rowerowanie czas zacząć

Jak wspominałam wcześniej, jutro ruszamy na kilkudniowe rowerowanie po Ukrainie. A w zasadzie po północnym zachodzie tego kraju. Wybieramy się do Szackigo Parku Narodowego, o którym z polskich źródeł wiadomo tylko tyle, że jest tam pięknie i nikogo tam nie ma :-)  Mamy nadzieję na cudowne widoki znad jeziora Świteź, na przyjemnie trakty w borach sosnowych, obserwację okolicznej zwierzyny i integrację z lokalsami.

Spakowani w absolutne minimum niezbędne do przetrwania, sprawdzamy teraz co chwilę pogodę, która zapowiada się burzowo i gradowo. Zobaczymy :-)

IMG_4421

pokaz naszych zdjęć z Ameryki Południowej

Zapraszamy na pokaz naszych slajdów z Peru, Boliwii i Chile. Spotkanie odbędzie się w auli starego BUWu w Warszawie dnia 1 czerwca o godz. 20:00. Liczymy na kibicowanie i zadawanie łatwych pytań :-)

Dodatkowe info tutaj i oczywiście “jesteśmy na facebooku”.

Najpiękniejsza magnolia w stolicy

Uwielbiam park ursynowski, w którym mieści się Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego. Jak tylko mam chwilę, staram się zaparkować samochód daleko od głównego wejścia, żeby chociaż dwa razy dziennie krótko przespacerować się alejkami parkowymi. Najczęściej przechodzę wtedy koło pewnego drzewa. Drzewa, które przez większą część roku wygląda niespecjalnie – łyse od strony budynku, pokrzywione, karłowate, a do tego słabo oświetlone. Zupełnie nieinteresujące. Do czasu, kiedy nastanie TEN DZIEŃ. Ten dzień to dzień, w którym magnolia kwitnie i staje się najpiękniejszym drzewem w Warszawie. Na gałęziach pojawia się mnóstwo ogromnych kwiatów w kolorze blado-różowym. Karłowate gałązki nagle nabierają orientalnego charakteru. Całość wygląda wspaniale tym bardziej, że drzewo jest imponujących rozmiarów. Bez wątpienia magnolia staje się wtedy królową parku. Odwiedzają ją liczni turyści, studenci, odbywają się tu nawet warsztaty fotograficzne. W sumie wcale mnie to nie dziwi.

IMG_4063

IMG_4102

IMG_4114

Kampinoski Park Narodowy

W dniu, kiedy cała Polska trzepie dywany i piecze mazurki, postanowiliśmy uciec od przygotowań i złapać trochę kondycji przed wyjazdem rowerowym na Ukrainę.

Wybór padł na Kampinoski Park Narodowy. Ola przygotowała trasę (Dąbrowa Leśna – Laski – Lipków – Zaborów Leśny – Roztoka – Wiersze – Na Miny – Dąbrowa Leśna)  i z samego rana ruszyliśmy w pierwszą dłuższą trasę w tym sezonie.  Dodatkowo bardzo zróżnicowaną. Początkowo wiodła piaskami wzdłuż zabudowań, potem przez tereny podmokłe, gdzie często musieliśmy przedzierać się przez bajora i błoto. Te niedogodności wynagradzały nam jednak pola zawilców i kaczeńce unoszące się na powierzchni rzęsy wodnej (nazwanej przez nas roboczo zupą ogórkową).

Do Roztoki prowadził piękny, szeroki trakt leśny na końcu nieco pagórkowaty. Wydmy skutecznie nas jednak zmordowały, dlatego chętnie spróbowaliśmy lokalnych przysmaków, po czym rozdzieliliśmy się z Olą i Maćkiem. Oni popędzili do Wilkowa, a my staraliśmy się wrócić na parking do Dąbrowy, co nie było proste, bo sił jednak ubywało, a nie przybywało. W międzyczasie nieco pomieszaliśmy drogę, ale z pomocą przyszedł rowerzysta, który znał Kampinos pewnie lepiej niż pracownicy parku. Pomachał rękami, ocenił nasze siły i skierował nas w stronę Palmir. Zdążyliśmy jednak przejechać kilometr i zorientowaliśmy się, że jego propozycja wiedzie wzdłuż drogi szybkiego ruchu. Odczekaliśmy chwilę i zawróciliśmy :-)

Potem na szczęście nie było szans na zgubienie się, a zwiększająca się ilość turystów utwierdzała nas w przekonaniu, że zbliżamy się do parkingu. Może i dobrze, bo końcówkę jechaliśmy już ostatkiem sił odliczając każdy kilometr. Po 47km minęliśmy bramę parku i od razu poczuliśmy taki głód, że wszystko inne musiało poczekać :-)

Deszcz w Vancouver

Jak wiadomo z poprzedniego wpisu, Vancouver na pierwszy rzut oka nie różni się mocno od amerykańskich miast. Dopiero podwójne napisy – po angielsku i francusku – wskazują, że jednak jest się w Kanadzie. Vancouver z pewnością ma potencjał, aby być pięknym miastem, wspaniałym dla rowerzystów, miłośników sportów wodnych i zimowych. Chyba każdy mógłby coś tu dla siebie znaleźć. Mógłby, gdyby bez przerwy nie padało. Podobno to normalne przez większą część roku. Co prawda ludzie, którzy muszą ze wspomnianych domów wyjść, np. do pracy, zdają się nie zwracać uwagi na deszcz. Jednak wygląda na to, że Ci którzy mogą zostać w domu, korzystają z tej możliwości. No, może oprócz biegaczy. Ale patrząc na ich wyraz twarzy można nabrać poważnych wątpliwości, czy to nadal jest dobrowolne ;)

Najgorsza jednak w Vancouver (a pewnie i w całej Kanadzie) jest leżąca na wybitnie niskim poziomie meteorologia. Najlepiej w ogóle nie oglądać prognozy w kanadyjskiej telewizji. W ciągu 8 dni pobytu chyba nie było dnia, żeby wszystkiego kompletnie nie pokręcili. Kiedy zapowiadali deszcze – świeciło słońce. Kiedy jednego dnia wieszczyli cudowną aurę – deszcz padał od rana do nocy. Wiem, po kilku dniach można było odkryć zależność między pogodą zapowiadaną a rzeczywistą, ale jak człowiek i tak się spodziewa deszczu …

Drugą grupą, oprócz meteorologów, której nie wolno ufać są pracownicy muzeów i różnego rodzaju atrakcji kulturalno-naukowych. Obsługa tzw. Science World uparcie twierdziła, że na pewno nie będziemy się tam z kolegą Przemkiem nudzić, po czym okazało się, że średnia wieku pozostałych zwiedzających jest ok. 6 razy mniejsza. Do centrum kosmicznego już nie weszliśmy …

Czyli Vancouver na tak. Ale z parasolem i z dala od atrakcji kulturalno-naukowych. Za to z dobrą prognozą i rowerem/żaglówką (dla finansowych twardzieli)/nartami.

Siedzi Ufal w Kanadzie…

… a ja nie mogę doczekać się wrażeń :-)

Ze wstępnych informacji wiem, że jest dość amerykańsko, tzn. wysokie budynki i ciągły hałas klimatyzacji.

Pojawiła się też uwaga motoryzacyjna, że wszędzie jeżdżą samochody hybrydowe. Zwłaszcza taksówki,
ale nie tylko. Można spokojnie zaryzykować twierdzenie, że jeśli ktoś ma nowy samochód i nie jest to pojazd terenowy, to zapewne jeździ hybrydą.

Nie mogło oczywiście zabraknąć obserwacji koszykarskich: Mają tu przesrane bardziej niż my. Mecze są w środku dnia ze względu na strefę czasową (u nas są o drugiej w nocy), a przed skrótami muszą oglądać reklamy ;)

A na koniec trochę wrażeń podatkowych: do wszystkiego doliczają cholerny podatek. W Stanach dodawali go do elektroniki tylko (przynajmniej w stanie MA). Tutaj w “spożywczym” wszystkie ceny są podane bez podatku i nie wiadomo i tak ile co kosztuje. Np. do sałatki za 7 dolców dodają co najmniej 1 dolca podatku.

Póki co nie znam wrażeń turystycznych, ale po zdjęciach można się zorientować, że nie jest źle.

Póki co, tyle obserwacji.

I jeszcze jedna prośba: Pozdrów proszę wszystkich, których dzisiaj będziesz widziała (tzn.
tych co znam ;) obsługę na stacji benzynowej możesz pominąć).

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.