Ech, wróciłam do Lublany. Było… wspaniale! Ludzie okazali się bardzo serdeczni, więc udało nam się zwiedzić bardzo dużo. Przemierzyliśmy 1200km. W piątek wyjechaliśmy z Lublany z samego rana, pogoda przepiękna 16stopni z planem posiedzenia 3 dni nad morzem. Po kilkunastu minutach zabrał nas wykładowca z wydziału leśnego! Spędziliśmy miło czas, pogadaliśmy o życiu akademickim :-) Wysadzeni w środku pola (ale w strategicznym miejscu) zatrzymaliśmy dwóch chłopaków, którzy jechali do Ilirskiej Bistricy po gitarę elektryczną :-) Przegadaliśmy godzinę o polityce i eurowalucie. Następnie trochę dłużej czekaliśmy (20min), bo byliśmy przed samą granicą i nigdy nie wiadomo czy czegoś nie przemycamy :-))) Ostatecznie trafiliśmy jednak na brytyjczyka, który sam wyglądał jakby coś przemycał :-) Dlatego dla wszystkiego przez granicę przeszliśmy pieszo :-) Okazało się, że jedzie do Montenegro, nieswoim samochodem, jest architektem, ale organizuje spływy kajakowe, jego żona jest amerykańską ekolożką, która uczy czarnogórców jak segregować śmieci, mieszkali w pięciu krajach, zwiedzili pół świata… Ech, trochę trwała ta podwózka – jakieś 250km :-) Jechaliśmy nową autostradą – przepiękna trasa, góry, morze, super widoki i do tego to słońce (po mglistej Lublanie byliśmy go naprawdę spragnieni!). Dotarliśmy do Zadaru o zmierzchu, czyli o 17:00 :-) Niestety, ale problem z podróżowaniem o tej porze to głównie długość dnia… Zadar natomiast bardzo mi się spodobał – małe, przyjazne miasteczko, stare miesza się z nowym, żadnych turystów…

Na drugi dzień mieliśmy w planie zobaczenie Jezior Plitwickich – przepiękny park narodowy z kaskadowo ułożonymi jeziorami, mnóstwem wodospadów, mostków. No świetnie! Temperatura hm… 19 stopni :-)) Cały dzień spędziliśmy w parku, gorzej było z powrotem. Park (jak każdy park narodowy) znajduje się w środku niczego i trochę byliśmy na siebie wściekli, że nie przewidzieliśmy braku jakiegokolwiek ruchu na tej trasie… Braliśmy już pod uwagę wszystkie opcje – jechać nad morze (preferowany wariant), do Zagrzebia, do Rijeki lub ew. do Zadaru… Wylądowaliśmy w Zadarze dzięki pewnemu niemieckiemu artyście, który jechał na wernisaż do Albanii. Złapała go policja w Słowenii i stwierdził, że nigdy więcej żadnych autostrad!!


Trzeci dzień wcale nie miał być ostatnim, zupełnie przypadkiem się nim stał :-) Chcieliśmy z Zadaru dostać się do Rijeki, a potem do Puli, aby posiedzieć wreszcie nad tym morzem. Pojawił się chorwat z Zagrzebia :-))) Przejechaliśmy z nim przepiękną górską trasę ponad chrumami, opowiadał nam o swoim kraju, o ulubionych miejscach, obejrzeliśmy lecznicę dla zwierząt leśnych i dotarliśmy do Karlovac. Zdecydowaliśmy się tam wysiąść, żeby jednak nad to morze pojechać. Wystawiliśmy więc kartkę przed wjazdem na autostradę, ale na wszelki wypadek napisaliśmy też SLO – tak w razie jakby, jakiś słoweniec z Lublany wracał z weekendu… No i wracało dwóch – jeden bośniacki budowlaniec-podróżnik, a drugi brat kapitana drużyny koszykarskiej Słowenii (prywatnie fan Pearl Jamu). Zabrali nas do Novego Mesta. Spodobało nam się tak bardzo, że nawet mieliśmy zostać tam do następnego dnia, ale ostatecznie złapaliśmy wieczorny pociąg (60km) do Lublany. No i tak to się zakończył nasz spontan. Co prawda morze widzieliśmy tylko 2 razy po ciemku w Zadarze i kilka razy przez szybę samochodu, ale i tak było świetnie! Zdałam się totalnie na los i to było najbardziej ekscytujące. Rozumiem już, dlaczego niektórzy są tak uzależnieni od stopa :-)


Po powrocie okazało się, że wyjazd do Puli w weekend to byłoby totalne pudło z powodu… mgły i deszczu. Ech.. :-)
Podsumowanie autostopowe:
1. w Chorwacji i Słowenii łatwy i bezpieczny autostop (nie czekaliśmy dłużej niż 20min)
2. warto mieć kartki z kierunkami (praktykuje się skróty z rejestracji)
3. inny tym kierowców – nie zatrzymują się zawodowi kierowcy jak w Polsce, ale raczej tacy, którzy sami praktykują autostop.
4. kierowcy żywo zainteresowani Polską i Polakami.

Najnowsze komentarze